Tajne nie lubi podglądania, nawet przypadkowego. Czy nowy teleskop ujrzy za dużo?
Teleskop Very Rubin ulokowany jest w budynku na szczycie góry na pustyni Atacama. Podobnie jak działający od 2022 roku Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, ma służyć do dokładnego wejrzenia i badania najodleglejszych krańców Wszechświata. W odróżnieniu jednak od Webba, który może obserwować tylko niewielki wycinek nieba i znajduje się na odległej orbicie w pobliżu punktu libracyjnego L2 układu Słońce–Ziemia, Vera Rubin ma objąć swym teleskopowym wzrokiem znacznie większy obszar przestrzeni, także tej na niższych orbitach okołoziemskich, przeskakując w obserwacjach z sektora na sektora przestrzeni z szybkością dotychczas astronomii nieznaną. Według podawanych obecnie danych, na przeskanowanie całego nieba ten nowy teleskop potrzebować będzie zaledwie trzech nocy. Pełny obraz „głębokiego pola” Very Rubin zawierać ma ponad czterdzieści miliardów obiektów. To kilka razy więcej niż wszystkie poprzednie programy obserwacyjne tego typu razem wzięte.
Gdy Vera Rubin dostrzeże nowy obiekt, szybko powiadomi o tym astronomów; np. jeśli miliardy lat świetlnych od nas eksploduje gwiazda, algorytm to dostrzeże, a społeczność astronomiczna na świecie będzie o tym błyskawicznie wiedzieć. To samo dotyczy także zbliżających się do Ziemi asteroid. Jednak dotyczy to, cóż, także satelitów szpiegowskich lub innych tajnych statków kosmicznych. Jeśli znajdą się w polu widzenia, to również mogą zostać oznaczone, a ich lokalizacja zostanie przekazana błyskawicznie społeczności zbierającej dane. I z tym służby dbające o bezpieczeństwo systemów militarnych USA, które jako państwo są zresztą głównym sponsorem teleskopu, mają problem.
Pentagon, podobnie jak siły militarne każdego mocarstwa, nie lubi, gdy ujawniane są informacje o jego satelitach szpiegowskich i innych. Samo istnienie National Reconnaissance Office, agencji odpowiedzialnej za rozwój i obsługę amerykańskich satelitów szpiegowskich, która niedawno skontaktowała się z kierownictwem projektu teleskopu Very Rubin, było tajne do 1992 roku. Szczegóły dotyczące liczby i rodzaju satelitów NRO pozostają tajne i zapewne kręgi wojskowe chcą, by tak zostało.
One tam są, to każdy wie, ale chodzi o to, by nikt nie widział, gdzie są w tej chwili
Zakłada się, że teleskop Very Rubin, dzięki swoim możliwościom obserwacyjnym, „zobaczy” niektóre z tajnych obiektów na orbicie. O tym, że one tam są, ogólnie wiadomo od dawna. Czasem złapie je na zdjęciu jakiś astrofotograf amator. Sporadycznie pojawiają się ślady ich aktywności w historii znanych misji kosmicznych. Na przykład w ramach misji Apollo to satelity szpiegowskie NRO uchwyciły obrazy potencjalnych miejsc lądowania na Księżycu. Sprawdzały również uszkodzone panele w stacji kosmicznej NASA SkyLab. W 1981 roku, podczas dziewiczego lotu promu kosmicznego, astronauta NASA dokonał manewru wahadłowcem po to, by satelita NRO mógł zrobić zbliżenie jego osłony termicznej w celu oceny jej stanu po przejściu przez atmosferę. Tylko kilka osób w agencji wiedziało o tej operacji. Historyk kosmosu, Dwayne Day, twierdzi, że wywiad USA miał do dyspozycji duże instrumenty obserwacyjne w kosmosie, zanim jeszcze NASA rozpoczęła pracę nad Hubble’em w 1977 roku. Jego zdaniem, technologia pozwalająca dzisiejszym obserwatoriom naziemnym niwelować negatywne efekty rozmycia atmosferycznego była najpierw używana przez wojsko.
Naukowe szefostwo projektu Obserwatorium Very Rubin zgodziło się stworzyć system, który usuwałby tajne informacje z obrazów dostarczanych przez teleskop. Przedstawiciele NRO chcą też wiedzieć, do kogo dokładnie i kiedy docierają dane z obserwacji. Nie jest jasne, czy i ewentualnie jaką procedurę wypracowano, ale raczej nie przypomina ona systemu stosowanego w Pan-STARRS, w którym zdjęcia wykonane przez teleskopy na Hawajach były kierowane do cenzury wojskowej, gdzie były edytowane przed wysłaniem do astronomów. W przypadku Very Rubin zaproponowano coś innego. Procedurę, w której za każdym razem, gdy teleskop miałby wykonać jedno ze zdjęć nieba, plik byłby natychmiast szyfrowany, bez uprzedniego oglądania go przez kogokolwiek, a następnie wysyłany do bezpiecznego obiektu w Kalifornii. Następnie zautomatyzowany system porównałby obraz z poprzednimi zdjęciami tego samego wycinka. Te fragmenty nieba, które mogłyby przedstawiać tajne zasoby USA, byłyby zatrzymywane, zaś cała reszta trafiałaby do społeczności astronomicznej. Opóźnienie ważne jest głównie dlatego, że obiekty tajne zmieniają swoje położenie, więc po upływie pewnego czasu nie można ich tak czy inaczej namierzyć.
Negocjacje między naukowcami a przedstawicielami tajnych służb dotyczyły przede wszystkim czasu trwania embarga na zatrzymane wycinki. Według przecieków, które pochodzą od astronomów, bo amerykańskie służby nie udzielają żadnych informacji, osiągnięto zadowalający dla obu stron kompromis.
Mirosław Usidus