Osobliwość, czyli maszyna udaje człowieka z ludzką pomocą. Nowy zawód - weryfikator, poprawiacz i… ukrywacz AI
Branże kreatywne stoją w obliczu obaw o swoją przyszłość wraz z pojawieniem się narzędzi AI zdolnych do generowania obrazów, audio i wideo. Już teraz bardzo silnie jest odczuwalna negatywna presja na profesję copyrighterów, czyli osób, które piszą materiały marketingowe i inne treści o charakterze biznesowym i użytkowym dla firm. Oczywiście z punktu widzenia przynajmniej części z nich, sztuczna inteligencja jest błogosławieństwem. Jako użyteczne narzędzie pomocnicze, które przyspiesza ich pracę i zwiększa kreatywność, pozwala im zwiększyć wydajność (i dochody). Większość jednak przedstawicieli tego zawodu, zwłaszcza ci mniej doświadczeni, ocenia, że sztuczna inteligencja już dziś znacznie utrudnia znalezienie pracy.
Generatywna AI na powierzchni – żmudna praca ludzi w środku
Ostatnio można zaobserwować ciekawy zwrot w tej niewesołej dla osób parających się pisaniem sytuacji. Pojawia się mianowicie nowy rodzaj pracy, za którą płaci się wprawdzie znacznie mniej niż za samo pisanie, jednak jest to w tej chwili praca niezbędna. Chodzi o poprawianie wytworów sztucznej inteligencji, zarówno językowo-redakcyjne jak też faktograficzne, gdyż problem halucynacji, zwykłych zmyśleń i kłamstw serwowanych przez generatywną AI (1) nie zniknął, a nawet, w sytuacji wzrostu poziomu korzystania z generatorów, narasta.
Bezrobotni copyrighterzy znajdują pracę np. w takich firmach jak Undetectable AI, która tworzy oprogramowanie utrudniające identyfikację sztucznej inteligencji. Innymi słowy, piszący pomagają firmie, która wykorzystuje sztuczną inteligencję do wykonywania pracy, którą stracili na rzecz AI. Jednak częściej pracują jako weryfikatorzy i korektorzy wytworów sztucznej inteligencji. Robi to m.in. Catrina Cowart, copywriterka z Lexington w stanie Kentucky w USA, która mówi serwisowi BBC: „Gramatyka i dobór słów brzmią (w tekstach generowanych przez AI – przyp. MT) dziwnie. Wycinasz te wygenerowane kwieciste sformułowania, które nie pasują do prostego stylu. Dodatkowo musisz sprawdzać fakty, ponieważ AI po prostu je wymyśla, a to zajmuje wieczność, ponieważ to nie tylko duże sprawy, ale pomniejsze drobiazgi, na które mało kto zwraca uwagę, lecz to też wprowadzanie w błąd przez sztuczną inteligencję”. Jak dodaje pani Cowart, uczłowieczanie stylu AI często zajmuje więcej czasu niż napisanie tekstu od zera. Niestety, jak dodaje, wynagrodzenie za poprawianie AI jest gorsze niż za pisanie nowych tekstów.
Inna cytowana w artykule BBC copyrighterka, Rebecca Dugas, twierdzi dla odmiany, że sztuczna inteligencja jest „darem niebios”, który pozwala jej wykonywać tę samą wysokiej jakości pracę o wiele krócej. „Korzystam ze sztucznej inteligencji wtedy, gdy moi klienci nie mają nic przeciwko”, mówi. Rozumie, że klienci mogą nie życzyć sobie korzystania z tej technologii, ale wtedy płacą więcej, gdyż wymaga to dodatkowego czasu pracy i zaangażowania.
Podobne przykłady słabo opłacanych ludzi po cichu wspomagających pracę maszyn można znaleźć także w innych branżach. Na przykład sieć restauracji, Carl’s Jr. i Checkers, została kilka miesięcy temu przyłapana na podzlecaniu zadań teoretycznie skierowanych do obsługującego zamówienia automatycznego systemu AI – tanim pracownikom z Filipin. Presto Automation, firma dostarczająca te systemy, przyznała potem, że zatrudnia „agentów zewnętrznych” w krajach takich jak Filipiny, którzy pomagają jej chatbotom. Wiadomo ogólnie, iż od samego początku rozwoju generatywnej AI etykietowanie obrazów używanych do szkolenia systemów wizyjnych AI to praca ludzka, żmudna, ale niezbędna. Przy błyskotliwych, chętnie prezentowanych w mediach narzędziach sztucznej inteligencji uwija się zatem tak czy inaczej mnóstwo ludzi, od początku, czyli procedur szkolenia, przez pracę wdrożonego systemu po poprawianie tego, co narobił.
Człowiek do maskowania maszynowej roboty
Duża część zamówień dla copyrighterów tradycyjnie pochodzi od właścicieli stron internetowych, którzy chcą artykułów, które wygenerują dobre pozycjonowanie w wyszukiwarce Google i większy ruch. W ubiegłym roku Google ogłosiło, że będzie usuwało „nieprzydatne” treści z wyników wyszukiwania. Pojawiły się obawy, że gigant technologiczny może karać strony internetowe, które zawierają treści generowane przez sztuczną inteligencję, choć Google nie mówi, że treści AI są z natury nie do przyjęcia – w końcu firma ta sama oferuje generatory. Mowa tylko o treściach niskiej jakości. Jednak wydawcy zdają się nie łudzić, że AI da jakość.
Wielu z nich zakłada, że pisane przez ludzi teksty zostaną w Google odebrane lepiej. Jednak sami copyrighterzy w ramach zwiększania wydajności sięgają po generatory, o czym mowa była wyżej. Coraz częściej stosuje się więc dla produktów copyrightingu nowy test – przepuszczanie tekstu przez oprogramowanie wykrywające sztuczną inteligencję. Takie narzędzie detekcyjne, jednak nie dla tekstu, lecz dla obrazów, wdraża także Meta, by użytkownicy Facebooka czy Instagrama widzieli, które treści wizualne stworzono przy użyciu AI. Narzędzia te nie są doskonałe. Znane są przypadki, w których podano im do oceny wybitną literaturę, np. Szekspira, a programy orzekały, że to dzieła botów. Wiele osób parających się pisaniem na zlecenie twierdzi, że straciły pracę z powodu fałszywych oskarżeń ze strony detektorów AI.
Jak twierdzi Catrina Cowart, wiele z tych samych platform dla freelancerów, które stosują detektory do wykrywania AI, jednocześnie zatrudnia ludzi do edycji treści tworzonych przez chatboty. Zatem w świecie copyrightingu wszystko zaczyna kręcić się wokół unikania sytuacji, w której tekst wygląda jak dzieło sztucznej inteligencji. A to trochę co innego niż prawdziwie ludzkie kreatywne pisanie. Przypomina też gry stosowane do przygotowywania treści internetowych w SEO pod kątem pozycjonowania w Google. W nich też nie chodziło przede wszystkim o to, by tekst był dobry i oryginalny. Celem było optymalizowanie dla wyszukiwarki. W świecie także nie chodzi o kreatywność, ale o uniknięcie zarzutu, że tekst jest dziełem AI, co jest nieco ironicznym podsumowaniem.
„Sprzedają treści generowane przez sztuczną inteligencję i płacą ci za ich poprawianie, a jednocześnie wysyłają ci e-maile doradzające, jak pisać jak człowiek, aby nie uruchomić detektora sztucznej inteligencji”, opowiada pani Cowart. Nie ma raz na zawsze ustalonych reguł. Detektory są regularnie aktualizowane, by nadążyć za ciągłymi zmianami wprowadzanymi przez firmy tworzące chatboty AI.
W tym świecie osobliwość technologiczna w pewnym sensie jest już faktem a sprowadza się do swoistej gry ludzkiego umysłu z maszyną, w której maszyna stara się jak najlepiej naśladować człowieka, ale trudno jest jej to robić bez człowieka.
Mirosław Usidus
