Orbitalne surmy bojowe. Nie dość, że tłok, to jeszcze groźba wojny
Spośród ponad kilkunastu tysięcy aktywnych satelitów znajdujących się obecnie na niskiej orbicie okołoziemskiej LEO (1) około dwóch trzecich należy do firmy Starlink Elona Muska. Rządy na całym świecie, w tym przede wszystkim Stany Zjednoczone, polegają na tych satelitach w zakresie komunikacji zdalnej, operacji wojskowych i dostępu do Internetu. Satelity te odegrały kluczową rolę w obronie Ukrainy przed inwazją prezydenta Władimira Putina. Niestety niedawno pojawiły się sygnały, że Rosja może pracować nad nową strategią niszczenia tej konstelacji. Dane wywiadu NATO przeanalizowane przez agencję Associated Press sugerują, że Rosja opracowuje metodę ataku na satelity Starlink za pomocą niszczycielskich chmur odłamków na orbicie. Broń o „efekcie strefowym” zalałaby orbity setkami tysięcy odłamków/pocisków, by unieruchomić wiele satelitów jednocześnie.
Niektórych ekspertów szokuje mimo wszystko pomysł, że Rosja mogłaby realizować strategię ataku, która mogłaby przecież zagrozić także jej własnym satelitom i satelitom jej sojuszników, choćby chińskim. Groziłoby to również przypadkowymi uszkodzeniami innych statków kosmicznych. Taki atak mógłby „szybko wymknąć się spod kontroli”, powiedział agencji AP generał brygady Christopher Horner, dowódca kanadyjskiej dywizji kosmicznej. Według Sił Kosmicznych Stanów Zjednoczonych (USSF) Chiny, sojusznik Rosji, miały w lipcu 2025 r. prawie 1,2 tysiąca satelitów na orbicie. Wykorzystanie broni o działaniu strefowym mogłoby teoretycznie spowodować uszkodzenie tych zasobów. Chińska stacja kosmiczna Tiangong i Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, której Rosja jest partnerem, również byłyby narażone na niebezpieczeństwo uderzenia odłamków w wyniku takich ataków. „Szczerze mówiąc, byłabym bardzo zaskoczona, gdyby Rosja zrobiła coś takiego”, powiedziała agencji AP Victoria Samson, specjalistka ds. bezpieczeństwa kosmicznego w Secure World Foundation. Jednak, jak wskazuje Horner, nie jest to całkowicie niemożliwe. Co więcej, strategia ta zaczyna mieć sens, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że Rosja pozostaje daleko w tyle za Stanami Zjednoczonymi w wielu dziedzinach techniki kosmicznej. Sam Starlink przewyższa łączną liczbę rosyjskich i chińskich statków kosmicznych na orbicie. Niszcząc komercyjne satelity, Rosja może próbować wyrównać szanse, nawet jeśli oznacza to utratę części własnych zasobów i potencjalną utratę dostępu do niskiej orbity okołoziemskiej.
Od maja 2024 r. ukraińskie siły zbrojne zaczęły sygnalizować przerwy w połączeniach Starlink, a przedstawiciele wojska przypisywali te zakłócenia Rosji, która testowała różne mechanizmy swoich systemów wojny elektronicznej, wykorzystując najprawdopodobniej nowe i bardziej zaawansowane rozwiązania. Ujawnione dokumenty wojskowe USA sugerują, że rosyjski system o nazwie Tobol, pierwotnie zaprojektowany w celu ochrony rosyjskich satelitów przed zakłóceniami, został wykorzystany do zakłócenia sygnałów komercyjnych satelitów Starlink nad terytorium Ukrainy. Ujawnione dokumenty „sugerują, że Rosja wykorzystała co najmniej trzy instalacje Tobol w celu zakłócania sygnałów komercyjnych satelitów Starlink nad wschodnią Ukrainą”.
Zdolności „antykosmiczne”
To m.in. opisuje raport, opublikowany w kwietniu 2025 r. przez wspomniany think tank Secure World Foundation. Podkreśla on, jak wzrosło uzależnienie ludzkości od przestrzeni kosmicznej, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa, co skłoniło coraz więcej krajów do rozwijania własnych zdolności przeciwdziałania zagrożeniom kosmicznym. W dokumencie oceniono zdolności „antykosmiczne” dwunastu krajów, w tym Stanów Zjednoczonych, Rosji, Chin, Indii, Australii, a także Korei Północnej i Korei Południowej.
Według raportu SWF Rosja wydaje się również opracowywać nowszy, bardziej zaawansowany system o nazwie Kalinka, który ma na celu wykrywanie i zakłócanie sygnałów wysyłanych do i z satelitów Starlink w celu zakłócania działania ukraińskich dronów i komunikacji wojskowej. Andriej Bezrukow, dyrektor Rosyjskiego Centrum Systemów i Technologii Bezzałogowych, które opracowuje system Kalinka, powiedział państwowym mediom, że tak zwany „zabójca Starlink” może również wykrywać terminale komunikacyjne podłączone do Starshield, wojskowej wersji Starlink.
Nowoczesne samoloty wykorzystują system GPS (Global Positioning System) do określania i nadawania swojej pozycji. A dokładniej, wykorzystują coś, co nazywa się globalnym systemem nawigacji satelitarnej (GNSS), który obejmuje nie tylko amerykański GPS, ale także podobne systemy na całym świecie, takie jak europejski Galileo, rosyjski GLONASS i chiński BeiDou. Działanie tej nawigacji można dziś zakłócać przez nasycanie odbiorników niepotrzebnymi sygnałami, uniemożliwiającymi wykorzystanie GPS (lub GNSS) do nawigacji samolotu. (Innym jest spoofing GPS, który nakłania odbiornik do przekazywania fałszywej lokalizacji, co czasami prowadzi do dziwnych rezultatów). Zakłócanie sygnału GPS jest uciążliwe dla lotnictwa, jednak generalnie nie stanowi przeszkody. Samoloty wykorzystują pozycjonowanie satelitarne wraz z innymi systemami do określania swojej pozycji, w szczególności WAAS (Wide Area Augmentation System) do ogólnej nawigacji oraz GBAS (Groundbased Augmentation System) podczas podejścia do lotnisk. Linie lotnicze są świadome zakłócania sygnału GPS, a załogi wiedzą, jak korzystać z tych systemów zapasowych, aby zapewnić bezpieczeństwo lotu. Wynika to z faktu, że większość zakłóceń GPS nie jest skierowana przede wszystkim przeciwko samolotom. Można je wykorzystać do zakłócania działania innych pocisków i urządzeń zależnych od GPS, w tym dronów i telefonów. Rosja stosuje tę technikę, aby odeprzeć ataki ukraińskich dronów i podobno tak właśnie było w przypadku, gdzie azerski samolot pasażerski przygotowywał się do lądowania, co prawdopodobnie doprowadziło do pomylenia go z pociskiem wroga.
Panuje przekonanie, że Rosja wykorzystuje zakłócenia GPS nie tylko wewnętrznie, aby uniemożliwić ataki wroga na swoje terytorium, ale także zewnętrznie, w ramach swojej hybrydowej „wojny cieni” przeciwko Europie, aby wywołać elektroniczne zakłócenia. Oto kilka przykładów: W 2022 r. Finlandia została dotknięta zakłóceniami GPS bezpośrednio po spotkaniu jej prezydenta z jego amerykańskim odpowiednikiem, byłym prezydentem Joe Bidenem, na temat przystąpienia Finlandii do NATO. W 2023 r., po uruchomieniu przez Polskę systemu przeciwrakietowego w pobliżu rosyjskiej eksklawy Kaliningradu, sygnały GPS na północy kraju zostały zakłócone przez ataki typu jamming i spoofing. Do połowy 2024 r. zakłócenia GPS w północnym regionie Norwegii, Finnmark, stały się tak powszechne, że władze przestały rejestrować incydenty i zaakceptowały je jako „nową normę”. 12 grudnia 2024 r. Bułgaria i Rumunia przystąpiły do Schengen, europejskiej strefy swobodnego przepływu osób. Zaraz potem stolica Bułgarii, Sofia, została poddana zakłóceniom GPS.
Dodatkowe raporty ujawniły, że Rosja zakłócała sygnały GPS w czterech krajach europejskich: Francji, Holandii, Szwecji i Luksemburgu. Pojawiły się również doniesienia, że Rosja przerwała nadawanie kanałów telewizyjnych dla dzieci w tych krajach, by transmitować obrazy wojny na Ukrainie. Rada Regulacji Radiowych Międzynarodowej Unii Telekomunikacyjnej stwierdziła, że zakłócenia prawdopodobnie pochodziły ze stacji w Moskwie, Kaliningradzie i Pawłowce.
Według raportu SWF, Chiny inwestują w podobne zdolności na wypadek potencjalnych przyszłych konfliktów zbrojnych ze Stanami Zjednoczonymi. Tamtejsi naukowcy z Marynarki Wojennej Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej zaproponowali wyposażenie okrętów podwodnych w lasery z wysuwanymi masztami, które mogłyby wynurzać się na powierzchnię w celu namierzenia satelitów Starlink lub innych kosmicznych systemów nadzoru, chociaż naukowcy przyznali, że ograniczone możliwości wykrywania okrętów podwodnych wymagałyby pomocy sił zewnętrznych w celu zapewnienia dokładnego namierzenia satelitów.
Tymczasem, jak czytamy również w raporcie, amerykańskie siły kosmiczne testują nowe urządzenia zakłócające działanie satelitów, zwane zdalnymi terminalami modułowymi, które mają działać zdalnie i zapewniać zdolność do prowadzenia wojny elektronicznej w przestrzeni kosmicznej. „Wszyscy zakłócają”, komentowała Victoria Samson. Jednak, jak dotąd, w obecnych operacjach wojskowych aktywnie wykorzystuje się wyłącznie nieniszczące środki przeciwdziałania satelitom.
Eksperci przypuszczają, że to może się szybko zmienić, jeśli charakter znanych operacji orbitalnych się zmieni. W wywiadzie dla BBC w październiku 2025 r. brytyjski generał dywizji Paul Tedman ujawnił skalę rosyjskich działań przeciw brytyjskim zasobom kosmicznym i podał, że zarówno Rosja, jak i Chiny przetestowały broń przeciw satelitom. Zarówno Chiny, jak i Rosja opracowały lasery, które mogą być wykorzystywane do oślepiania i zakłócania działania satelitów przeciwnika.
Wielka Brytania i Stany Zjednoczone ostrzegły, że Rosja rozwija zdolność umieszczania broni jądrowej w kosmosie. Powiedział, że Rosja co tydzień próbuje zakłócać działanie brytyjskich satelitów wojskowych za pomocą systemów naziemnych. Wcześniej także niemiecki minister obrony Boris Pistorius powiedział, że Rosja śledziła satelity używane przez ich wojsko. „Są zainteresowani tym, co robimy i latają stosunkowo blisko”, powiedział Tedman. „Mają na pokładzie ładunki, które mogą widzieć nasze satelity i próbują zbierać z nich informacje”. Generał Tedman wyjaśnił, że brytyjskie satelity wojskowe zostały wyposażone w technologie przeciwzakłóceniowe, ale, jak dodał, „nasze satelity są dość regularnie zakłócane przez Rosjan”. Na pytanie, jak często, odpowiedział „co tydzień”. Powiedział, że działania te nasiliły się od czasu inwazji Rosji na Ukrainę.
Jednocześnie poszukuje się rozwiązań, które rozwiązałyby uciążliwy problem zakłócania systemów nawigacji. Ostatnie doniesienia, że techniki zakłócania sygnału GPS mogą wkrótce stać się przestarzałe za sprawą nowej techniki „żyroskopu na chipie”, potencjalnie pozwalającej na nawigację na dużych odległościach bez GPS, brzmią interesująco. Tradycyjne żyroskopy optyczne były nieporęczną alternatywą dla nawigacji satelitarnej, aż do 2018 r., kiedy to naukowcy z CalTech znaleźli sposób na zmniejszenie żyroskopu półprzewodnikowego do rozmiarów ziarenka ryżu. Całkiem niedawno firmy Anello Photonics (Santa Clara, Kalifornia) i OSCP (Montreal, Kanada) niezależnie od siebie wprowadziły na rynek urządzenia do nawigacji inercyjnej, które nie wymagają sygnałów satelitarnych do dokładnego określania położenia geograficznego i kierunku. Obie firmy wprowadzają na rynek niewielkie urządzenia, które przydadzą się nie tylko w samolotach pasażerskich, ale także w dronach, autonomicznych traktorach i bezzałogowych pojazdach podwodnych w oceanach.
Rosja grozi
Stany Zjednoczone mają plany dotyczące wojny orbitalnej z wykorzystaniem swoich stosunkowo nowych sił kosmicznych. Rosja stara się dorównać możliwościom. Pod koniec 2025 r. Rosja przedstawiła przechwytujący mobilny system obrony przed międzykontynentalnymi pociskami balistycznymi, zagrożeniami hipersonicznymi i celami na niskiej orbicie okołoziemskiej S-550, kolejny poziom powyżej S-500. Potencjalnie mógłby stanowić zagrożenie dla satelitów i samolotu kosmicznego X-37B (2), a nawet pośrednio zagrażać stacji kosmicznej. Propaganda twierdzi, że nowy system ma lepsze osiągi niż S-400/S-500, a nawet amerykańskie THAAD i Aegis, a jego wprowadzenie do służby planowane jest na lata 2027–2030.
Rosjanie mają nadzieję, że system S-550 będzie odpowiedzią na nowe samoloty szóstej generacji amerykańskich sił powietrznych, takie jak myśliwiec F-47 NGAD i bombowiec Stealth B-21 Raider. S-550 to niedawno opracowany naziemny system obrony powietrznej. Wcześniejsze systemy S-500 tworzą obecnie wielowarstwowy system obrony wokół Moskwy, chroniąc liczne biura i rezydencje Putina, wraz ze starszymi systemami S-300 i S-400 SAM. Podobnie jak S-500, S-550 jest przeznaczony do przechwytywania nadlatujących międzykontynentalnych pocisków balistycznych. Chociaż nie dorównuje on ambicjom starej amerykańskiej Strategicznej Inicjatywy Obronnej ani nowej Złotej Kopuły, S-550 pewnego dnia mógłby podobno zostać wyposażony w lasery naziemne lub kosmiczne. Jeśli Stany Zjednoczone zdołają stworzyć system podobny do „Gwiezdnych wojen”, Rosja również będzie chciała opracować taki system. Rosjanie twierdzą, że S-550 może stawić czoło rakietom hipersonicznym na niskiej orbicie okołoziemskiej. Mogłoby to mieć miejsce, gdyby Rosja zaatakowała członka NATO, wywołując reakcję militarną na mocy artykułu 5 porozumienia o wzajemnej obronie sojuszu.
Przechwytujące pociski SAM mogą same być hipersoniczne, co stanowiłoby kolejną zaletę podczas obrony przed pociskami i samolotami USA i NATO. S-550 może namierzać cele oddalone nawet o 250 km i może ponoć mieć zasięg bliski tysiąca kilometrów. S-550 ma też elementy do walki w kosmosie. Rosjanie chcą zbudować od 20 do 60 baterii S-550. Liczba ta została zmniejszona w stosunku do pierwotnego celu, który przed wojną z Ukrainą wynosił 100. Finansowanie S-550 zostało ograniczone ze względu na nadmierne koszty konfliktu.
„Możliwości S-550 w zakresie przechwytywania głowic rakiet balistycznych wroga, głównie międzykontynentalnych, a także broni kosmicznej, będą o rząd wielkości większe niż możliwości S-400 i S-500, a także amerykańskich systemów obrony powietrznej THAAD i AEGIS wyposażonych w pociski 3M-3 Block IIB”, podaje Military Watch. S-550 może być również wykorzystywany do niszczenia satelitów na niskiej orbicie okołoziemskiej.
Przeciwnik coraz bardziej zaawansowany
Technologie przeciw satelitom (ASAT), zarówno kinetyczne, jak i nowocześniejsze systemy laserowe lub inne o kierowanej energii, stają się nowym „niezbędnikiem” wojskowym dla krajów prowadzących działalność kosmiczną, takich jak Chiny, Rosja, Indie, a także Stany Zjednoczone. Dowódcy wojskowi USA otwarcie stwierdzili, że kraj potrzebuje broni kosmicznej, „aby zapobiegać konfliktom kosmicznym i odnieść sukces, jeśli dojdzie do takiej walki”.
„Rosjanie i Chińczycy wykazują się coraz bardziej zaawansowanymi umiejętnościami manewrowania na orbicie. Nie da się temu zaprzeczyć”, powiedział Bleddyn Bowen z Centrum Badań Kosmicznych w Szkole Rządów i Spraw Międzynarodowych Uniwersytetu Durham w Wielkiej Brytanii. „Nie jest jasne, czy są to rzeczywiste platformy ASAT”, powiedział Bowen serwisowi Space.com. „Ale jeśli zamierza się opracować tego rodzaju orbitalne systemy ASAT, to pokazują wiele potrzebnych technik i możliwości”. Jak dodał, zniszczenie statku kosmicznego za pomocą bezpośredniego uderzenia kinetycznego jest tylko jednym z aspektów terminologii ASAT. Należy wziąć pod uwagę również koncepcje „miękkiego niszczenia”. „Obejmuje to wojnę elektroniczną, operacje w sieciach komputerowych, ataki na stacje naziemne danego kraju, sabotaż terminali, a nawet zatapianie statków wyposażonych w terminale. Wszystkie te działania można zaliczyć do kontrprzestrzeni lub ASAT”, powiedział Bowen. „Obecnie ma to miejsce w przypadku Ukrainy”, zauważył Bowen, wskazując na komercyjnych: „To, co obserwujemy, to normalizacja ataków na satelity w planach wojennych. Staje się to coraz bardziej powszechnym aspektem operacji wojskowych”.
„Na początku ery kosmicznej Związek Radziecki i Stany Zjednoczone przeprowadziły szeroko zakrojone testy różnych technologii broni ASAT, łącznie z testami detonacji jądrowej na orbicie”, powiedział McClintock w Space.com. Chociaż podpisano porozumienia mające na celu zaprzestanie takich testów, Rosjanie podobno powracają do tej koncepcji i rozpoczęli prace nad opracowaniem systemu. „Wiele osób mówi o tym, że Rosja to robi. Jest to broń nieprecyzyjna. Nie może ona celować tylko w określone satelity. Miałaby ona krótko- i długoterminowe skutki dla wszystkich”, powiedział, zaznaczając, że Rosja jest ogólnie w minimalnym stopniu zależna od przestrzeni kosmicznej. Z drugiej strony Stany Zjednoczone są maksymalnie zależne od przestrzeni kosmicznej pod względem gospodarczym i wojskowym. Chiny z kolei stają się coraz bardziej zależne od przestrzeni kosmicznej, o czym świadczy niemal codzienna częstotliwość startów. „Dlatego w interesie Rosji leży opracowanie czegoś, co nazywam „mieczem Damoklesa”, który będzie wisiał nad głowami nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale wszystkich”, podsumowuje McClintock.
Sytuację pogarsza w pewnym sensie trwający rozwój urządzeń służących do „oczyszczania” przestrzeni kosmicznej poprzez usuwanie z niej śmieci. System usuwania śmieci kosmicznych dla jednych jest bronią ASAT dla innych.
Złota Kopuła Ameryki
Od lat amerykańskie siły kosmiczne szkolą jednostki do prowadzenia wojny orbitalnej, wzywając amerykański przemysł do opracowania nowych statków kosmicznych i uzbrojenia, a także tworząc międzynarodowe partnerstwa w celu utrzymania pokojowych norm w przestrzeni kosmicznej. Obecnie najnowsza gałąź sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych posiada oficjalne ramy „wojny kosmicznej”, które określają, w jaki sposób dowództwo Sił Kosmicznych może szkolić i przygotowywać jednostki do wojny w przestrzeni kosmicznej.
Dokument „ustanawia wspólny słownik operacji przeciwkosmicznych” i określa „zakres odpowiedzialnych działań ofensywnych i defensywnych, które strażnicy mogą podjąć w celu utrzymania kontroli nad przestrzenią kosmiczną” i zapewnienia sukcesu amerykańskich sił zbrojnych, zgodnie z oświadczeniem Sił Kosmicznych towarzyszącym jego publikacji. Dokument opisuje zarówno działania ofensywne, jak i defensywne Sił Kosmicznych, skupiając się głównie na przewadze w przestrzeni kosmicznej, która „może obejmować poszukiwanie i niszczenie statków kosmicznych wroga”. Nowe ramy działania wojskowego tej służby wskazują, że w przeciwieństwie do działań wojennych w innych obszarach, walka w przestrzeni kosmicznej będzie wymagała wysoce zautomatyzowanych systemów, które „filtrują lub ograniczają podejmowanie decyzji przez ludzi”, ponieważ statki kosmiczne poruszają się z dużą prędkością na dużych odległościach po orbitach, które często są zatłoczone innymi satelitami. Wojna w przestrzeni kosmicznej będzie faktycznie toczyć się w trzech różnych obszarach misji: wojna orbitalna tocząca się między statkami kosmicznymi, wojna elektromagnetyczna mająca na celu kontrolę widma elektromagnetycznego (np. zakłócanie częstotliwości radiowych) oraz wojna w cyberprzestrzeni, polegająca na atakowaniu sieci komputerowych przeciwnika.
Jednym z nowych projektów, który dosłownie pojawia się na horyzoncie, jest amerykańska Złota Kopuła (3), projekt prezydenta Trumpa stworzenia wielowarstwowej tarczy przeciwrakietowej dla Ameryki. Chociaż ogłoszenie tego planu nie zawierało wielu szczegółów technicznych, prezydent USA powiedział, że Golden Dome „wdroży technologie nowej generacji na lądzie, morzu i w kosmosie, w tym czujniki i przechwytywacze kosmiczne”.
Złota Kopuła jest w dużej mierze powtórzeniem planu prezydenta Ronalda Reagana dotyczącego Strategicznej Inicjatywy Obronnej („Gwiezdne wojny”) ogłoszonego w 1983 roku. McClintock z RAND zgadza się, że wiele wyzwań technologicznych starszego programu Star Wars zostało pokonanych. „Jednak kosmiczne systemy przechwytujące nadal są niezwykle złożoną koncepcją. Bardzo trudno będzie je opracować, przetestować i wdrożyć w krótkim czasie”, powiedział, ale hipotetycznie tak, kosmiczne systemy przechwytujące mogą potencjalnie pełnić funkcję ASAT”. Najważniejszym argumentem przeciwko kosmicznym pociskom przechwytującym w latach 80. było to, że potrzeba byłoby ich tysiące, a wystrzelenie tak wielu satelitów nie wchodziło w grę. Dziś to już nieprawda. Sama SpaceX wystrzelił tysiące satelitów Starlink. Koszty startów są teraz znacznie niższe, a dostępnych jest więcej rakiet nośnych. Więc system z tego punktu widzenia wydaje się dziś bardziej wykonalny, jednak postęp w dziedzinie rakiet, przede wszystkich w zastosowanych w nich technikach unikania zagrożeń i znacznej szybkości poruszania się bolidów to nowe wyzwanie, z którym Złota Kopuła będzie musiała sobie poradzić.
„Niekoniecznie bym tak powiedział, ale coraz więcej krajów inwestuje w zdolności przeciwkosmiczne, ponieważ są one postrzegane częściowo jako sposób na zapewnienie dostępu do przestrzeni kosmicznej i jej wykorzystania”, odpowiedziała Victoria Samson, dyrektorka ds. bezpieczeństwa i stabilności przestrzeni kosmicznej w Secure World Foundation, która promuje wspólne rozwiązania na rzecz zrównoważonego rozwoju przestrzeni kosmicznej. Samson dodała, że kraje dążące do uzyskania zdolności przeciwkosmicznych robią to również z obawy, że zostaną w tyle za konkurentami i rywalami lub przynajmniej nie będą postrzegane jako dotrzymujące kroku innym. Na przykład, jak powiedziała Samson, wiosną 2025 r. przedstawiciele Sił Kosmicznych Stanów Zjednoczonych dużo mówili o serii operacji rendezvous and proximity operations wielokrotnie przeprowadzanych przez chińskie satelity w 2024 r., nazywając je „walkami powietrznymi w kosmosie”, co jest określeniem niezwykle nieprecyzyjnym. Indyjska Organizacja Badań Kosmicznych (ISRO) przeprowadzała procedurę dokowania, a przedstawiciele ogłosili, że teraz również mogą prowadzić „walkę powietrzną” w kosmosie, „co ponownie jest nieprecyzyjne” – powiedziała Samson.
Podczas prezentacji na sympozjum Air & Space Forces Association Warfare Symposium, Chance Saltzman, szef operacji kosmicznych Sił Kosmicznych Stanów Zjednoczonych, powiedział, że wysiłki Ameryki mające na celu przeciwdziałanie rozwojowi broni kosmicznej przez Chiny i Rosję, w tym doniesienia o rosyjskich orbitalnych platformach broni jądrowej, już teraz są zbyt późne. Generał powiedział również, że „dogonienie i wyprzedzenie” naszych przeciwników ma kluczowe znaczenie dla utrzymania „przewagi kosmicznej” w każdym potencjalnym konflikcie. Według serwisu ArsTechnica, Saltzman powiedział dziennikarzom podczas osobnego spotkania, że rozważane jest również zastosowanie laserów bojowych i kilku innych rodzajów broni kierunkowej energii. Serwis The Debrief opisał kilka potencjalnych rodzajów broni elektromagnetycznej, kinetycznej, mikrofalowej i laserowej do wojny kosmicznej, które są już w fazie rozwoju, w tym niektóre obecnie realne i bardziej futurystyczne koncepcje Agencji Zaawansowanych Projektów Badawczych Obrony (DARPA). Siły powietrzne przetestowały niedawno urządzenie o nazwie Thor’s Hammer, które wykorzystuje mikrofale do niszczenia elektroniki dronów i pocisków. Wykonawca Lockheed-Martin opracowuje dwie różne koncepcje broni oparte na mikrofalach, przeznaczone do zwalczania systemów elektronicznych platform wroga. Jedną z platform broni kosmicznej, która już otrzymała finansowanie od Sił Kosmicznych, jest „orbitalny nośnik” zdolny do wystrzeliwania i odzyskiwania zautomatyzowanych satelitów i broni, podobnie jak morski lotniskowiec. Według Colina Doughana, dyrektora generalnego firmy SpaceWERX, która otrzymała grant w wysokości 60 milionów dolarów, ich orbitalny nośnik oferuje kilka zalet, które obecnie nie są dostępne dla sił zbrojnych. Podwykonawcą być może będzie firma Gravitics, która opracowała projekt statku orbitalnego nośnika.
Syndrom Kesslera, czyli żegnaj kosmosie
Nie trzeba wojny, by narobić bałaganu na orbicie. Może to być także wypadek, o który przy rosnącym zatłoczeniu przestrzeni coraz łatwiej. Satelity Starlink autonomicznie unikają potencjalnych kolizji, manewrując na podstawie dostępnych danych śledzenia. Tego rodzaju działania są dość częste – statki kosmiczne Starlink wykonały około 145 tys. manewrów unikowych w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2025 roku, co daje około czterech manewrów na satelitę
miesięcznie. Jednak wiele innych statków kosmicznych nie ma takich możliwości, a nawet satelity Starlink mogą zostać zaskoczone przez statki kosmiczne, których operatorzy nie udostępniają danych dotyczących trajektorii lotu. Nawet pojedyncza kolizja – między dwoma satelitami lub z udziałem fragmentów śmieci kosmicznych, których na orbicie okołoziemskiej jest mnóstwo, może spowodować powstanie ogromnej chmury odłamków kosmicznego gruzu, które mogą powodować kolejne kolizje, potencjalnie prowadząc do realizacji koszmarnego scenariusza, znanego jako syndrom Kesslera, sytuacji opisanej przez amerykańskiego astrofizyka i pracownika NASA Donalda J. Kesslera, w której kosmiczne śmieci nagromadzone na niskiej orbicie okołoziemskiej zderzają się ze sobą, generując w ten sposób nowe szczątki, które z kolei, ponownie się ze sobą zderzając, generują jeszcze więcej odłamków. Ten samonapędzający się proces może doprowadzić do takiego zagęszczenia kosmicznych odpadów, że nowe satelity będą narażone na bardzo wysokie ryzyko kolizji. Skrajna wersja tego scenariusza mówi nawet o całkowitej izolacji ludzkiej cywilizacji od kosmosu, gdyż żadne nowe statki nie mogłyby bezpiecznie przebywać na orbicie ani przebić chmury gruzu.
Według obliczeń, jeśli operatorzy satelitów w konstelacjach takich jak Starlink straciliby możliwość wysyłania poleceń dotyczących manewrów unikowych, w czerwcu 2025 r. doszłoby do katastrofalnej kolizji w ciągu około 2,8 dnia. Porównajmy to z 121 dniami, które według ich obliczeń miałyby miejsce w 2018 r., przed erą megakonstelacji, a zrozumiemy, dlaczego panuje niepokój. Być może jeszcze bardziej niepokojące jest to, że jeśli operatorzy stracą kontrolę nawet na 24 godziny, istnieje 30 proc. prawdopodobieństwo katastrofalnej kolizji, która mogłaby stać się początkiem trwającego dziesiątki lat procesu syndromu Kesslera.
Tymczasem w ostatnich miesiącach ub. roku pojawiła się informacja, że wszystkie statki kosmiczne Starlink, obsługujące łącza szerokopasmowe, które obecnie krążą około 550 kilometrów nad Ziemią, czyli około 4400 satelitów, w 2026 roku obniżą swoje orbity na wysokość około 480 km. Według Michaela Nicollsa, wiceprezesa ds. inżynierii Starlink w SpaceX, który ogłosił ten plan za pośrednictwem X, istnieją dwa główne powody tej zmiany. „Wraz ze zbliżaniem się minimum słonecznego gęstość atmosfery maleje, co oznacza, że czas rozpadu balistycznego na dowolnej wysokości wzrasta –obniżenie oznacza ponad 80 proc. skrócenie czasu rozpadu balistycznego w minimum słonecznym, czyli z ponad 4 lat do kilku miesięcy”, napisał Nicolls w swoim poście na X. „Liczba obiektów kosmicznych i planowanych konstelacji satelitów jest znacznie poniżej 500 km, co zmniejsza łączne prawdopodobieństwo kolizji”. Kolejne minimum słoneczne spodziewane jest około 2030 r. Jak zauważył Nicolls, zmiany atmosferyczne spowodowane aktywnością słoneczną są bardzo interesujące i ważne dla operatorów satelitów. Aktywne Słońce powoduje zagęszczenie atmosfery, co zwiększa opór tarcia statków kosmicznych i przyspiesza ich spadek. Niska aktywność słoneczna ma odwrotny skutek.
Głównym czynnikiem napędzającym zatłoczenie niskiej orbity LEO jest Starlink. Około dwóch trzecich wszystkich działających satelitów należy do tej megakonstelacji. Powstają jednak również inne gigantyczne sieci. Sama firma Starlink wystrzeliła ponad 10 tys. satelitów od 2019 roku, a w najbliższej przyszłości planuje wystrzelić kilkakrotnie więcej. Amazon rozpoczął wdrażanie własnej megakonstelacji, a siły zbrojne na całym świecie chcą pójść w jego ślady. Może to spowodować wzrost całkowitej liczby satelitów do około 560 tys. Na przykład Chiny rozpoczęły budowę aż dwu konstelacji internetowych LEO, z których każda ma składać się z ponad 10 tys. statków kosmicznych.
12 grudnia 2025 r. satelita Starlink prawie zderzył się z innym, o którego istnieniu firma SpaceX nawet nie wiedziała. Satelita ten znalazł się w kosmosie zaledwie 48 godzin wcześniej, wystrzelony z Chin przez firmę CAS Space. Według Michaela Nicollsa ze SpaceX, „zgodnie z naszą wiedzą nie przeprowadzono żadnych działań koordynacyjnych ani antykolizyjnych w odniesieniu do istniejących satelitów działających w przestrzeni kosmicznej, co spowodowało zbliżenie się jednego z rozmieszczonych satelitów do STARLINK-6079 na wysokości 560 km na odległość 200 metrów”. W kategoriach kosmicznych oznacza to, że praktycznie się zetknęły. Czyj to był satelita? Nie jest to jasne. Według serwisu Space.com, firma CAS wystrzeliła w ramach tej misji rakietę Kinetica 1, na paliwo stałe, o wysokości 30 metrów, z orbiterami z Chin, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Egiptu, a nawet Nepalu na pokładzie. Nicholls podkreśla, że niezależnie od tego, kto był właścicielem satelity, nie poinformował on pozostałych podmiotów zajmujących się lotami kosmicznymi o jego trajektorii ani nawet obecności, po prostu wystrzeliwując orbiter w ciemno. Nie ma kontroli ruchu kosmicznego, jaki znamy z lotnictwa.
Firma CAS z siedzibą w Kantonie odpowiedziała na zarzuty Nicollsa, twierdząc, że jako dostawca usług wynoszenia na orbitę (LSP) dochowała należytej staranności, ale mimo to bada ten incydent. „Nasz zespół jest obecnie w kontakcie w celu uzyskania dalszych szczegółów. Wszystkie starty CAS Space wybierają okna startowe przy użyciu naziemnego systemu rozpoznawania przestrzeni kosmicznej, aby uniknąć kolizji ze znanymi satelitami/odłamkami. Jest to procedura obowiązkowa. Będziemy pracować nad ustaleniem dokładnych szczegółów i zapewnimy pomoc jako LSP”, czytamy w komunikacie chińskiej firmy.
Z drugiej strony zdarzają się też pozytywne sygnały co do bezpieczeństwa na orbicie, także związane z Chinami. Tamtejsza agencja kosmiczna skontaktowała się niedawno z NASA w sprawie manewru mającego na celu zapobieżenie potencjalnej kolizji satelitów, poinformował urzędnik ds. zrównoważonego rozwoju kosmosu, co stanowi pierwsze tego rodzaju działanie w zakresie zarządzania ruchem kosmicznym. „Przez lata, gdy dochodziło do koniunkcji, wysyłaliśmy Chińczykom wiadomość: ‘Wydaje nam się, że zderzymy się z wami. Zostańcie na miejscu, a my wykonamy manewr omijający’”, powiedział Alvin Drew z NASA, podczas sesji plenarnej Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego (IAC). Drew ujawnił jednocześnie, że doszło do dużej zmiany. „Właśnie wczoraj świętowaliśmy, ponieważ po raz pierwszy chińska agencja kosmiczna skontaktowała się z nami i powiedziała: ‘Widzimy koniunkcję między naszymi satelitami. Zalecamy wam pozostać w miejscu. My wykonamy manewr’. To pierwszy taki przypadek w historii”.
Zdaniem ekspertów wydarzenie to sugeruje, że chińska świadomość sytuacji kosmicznej, czyli zrozumienie tego, co dzieje się na orbicie w danym momencie, osiągnęła poziom umożliwiający sygnalizowanie koniunkcji i rozpoczęcie koordynacji działań z innymi operatorami. Wciąż jednak kontakty między CNSA a NASA są zasadniczo ograniczone przez tzw. poprawkę Wolfa, która uniemożliwia większość dwustronnych interakcji między NASA a chińskimi podmiotami państwowymi.
Co może spaść pilotom na głowę?
Eksperci ostrzegają, że rośnie także ryzyko uderzenia spadających śmieci kosmicznych w samoloty. Średnio raz w tygodniu statek kosmiczny (lub jego część) powraca do atmosfery ziemskiej. Większość z tych obiektów to zużyte stopnie rakiet, ale niektóre to martwe satelity, których niskie orbity ostatecznie uległy rozpadowi na tyle, że wpadły do atmosfery. Są one w zasadzie jak meteory stworzone przez człowieka, ale większość z nich nie przetrwa długo. Wynika to z ciepła i siły rozrywającej, które towarzyszą zderzeniom z powietrzem przy dużych prędkościach. Jednak niektóre fragmenty śmieci z tych obiektów mogą istnieć wystarczająco długo, by wedrzeć się głębiej w atmosferę. Niezerowe przy tym jest ryzyko, że jeden z tych zbłąkanych fragmentów uderzy w przelatujący samolot. Według badania z 2020 r. do 2030 r. prawdopodobieństwo, że dowolny lot komercyjny uderzy w spadający śmieć kosmiczny, może wynosić około 1 na 1000.
„Na samoloty mogą mieć wpływ znacznie mniejsze odłamki. Na przykład przez popiół wulkaniczny loty samolotów są ryzykowne ze względu na bardzo małe drobiny”, wyjaśniał Benjamin Virgili Bastida, inżynier ds. systemu śmieci kosmicznych w Europejskiej Agencji Kosmicznej, w rozmowie z serwisem Space. com. Bastida i jego współpracownicy opublikowali niedawno w czasopiśmie „Journal of Space Safety Engineering” artykuł opisujący wyzwania związane z podejmowaniem decyzji o tym, kiedy i gdzie zamknąć przestrzeń powietrzną z powodu spadających śmieci kosmicznych.
Jednym z najbardziej znanych przypadków wpływu śmieci kosmicznych na ruch lotniczy było zdarzenie z listopada 2022 r., kiedy to człon chińskiej rakiety Long March 5B ponownie wszedł w atmosferę ziemską. Był to czwarty przypadek niekontrolowanego powrotu rakiety Long March 5B, a tym razem jej trajektoria wpadła nad Hiszpanią, powodując lawinę zamknięć przestrzeni powietrznej. Jej fragment o masie około 20 ton był znacznie większy niż większość statków kosmicznych i części rakiet, które powracają do atmosfery. Chińska agencja kosmiczna również nie była zbyt otwarta w kwestii toru lotu rakiety ani faktu, że miała ona w ogóle wejść ponownie w atmosferę.
Pomimo kilku innych niebezpiecznych sytuacji i zamknięć przestrzeni powietrznej w ostatnich latach, takich jak statek kosmiczny SpaceX, który wleciał do europejskiej przestrzeni powietrznej latem 2025 r., powodując zamknięcie przestrzeni powietrznej, jak dotąd mieliśmy szczęście. Jednak wiązało się to też z kosztownymi i kłopotliwymi zamknięciami ruchu lotniczego. Na przykład zamknięcie przestrzeni powietrznej w Hiszpanii w 2022 r. w związku z Long March 5B spowodowało opóźnienia, odwołania lub zmiany tras ponad trzystu lotów. Agencja Enaire zamknęła pas przestrzeni powietrznej o szerokości około 100 kilometrów po obu stronach trasy rakiety na około 40 minut.
Jak duże zagrożenie stanowią te szczątki dla przelatujących samolotów? Odpowiedź na to pytanie zależy od wielkości, prędkości i cech samolotu, a naukowcy pracują nad modelami, które mogą dostarczyć bardziej konkretnych odpowiedzi. Następnie agencje kosmiczne i kontrolerzy ruchu lotniczego będą wspólnie decydować, kiedy ryzyko jest na tyle wysokie, że należy zamknąć fragment przestrzeni powietrznej – i na jak długo. Być może zbliżamy się do przyszłości, w której zamknięcia lub opóźnienia spowodowane powrotem śmieci kosmicznych będą tak powszechne, jak obecnie opóźnienia spowodowane warunkami pogodowymi.
W październiku 2025 coś uderzyło w lecący z Denver do Los Angeles samolot linii United Airlines (4). Nie ma pełnej jasności, czy był to spadający z orbity niewielki satelita, czy jego kawałek, choć uznaje się to za prawdopodobne wyjaśnienie wypadku. Rośnie zarówno liczba satelitów na orbitach, jak też natężenie ruchu lotniczego, zatem…
Mirosław Usidus



