Zamiast gwiazd - symulakry. Dziwny i trochę straszny świat wskrzeszanych umarłych aktorów

Zamiast gwiazd - symulakry. Dziwny i trochę straszny świat wskrzeszanych umarłych aktorów
„Obcy: Romulus”, kolejny sequel popularnej serii filmowej (lub „interquel”, bo opowiada historię chronologicznie umiejscowioną pomiędzy wcześniej powstałymi częściami), generalnie zbierał dobre oceny fanów. Wielu z nich jednak narzekało na hollywoodzką fiksację na punkcie używania technik cyfrowych do wskrzeszania nieżyjących już aktorów, która objawiła się również w „Romulusie”.

Zdegustowanym widzom nie chodzi tylko o wskrzeszanie zmarłych za pomocą grafiki komputerowej, od  niedawna wspomaganej przez algorytmy sztucznej inteligencji. Częste w nowych produkcjach jest również odmładzanie na ekranie aktorów, którzy mocno się już posunęli w latach, a nowe odsłony popularnych serii z ich udziałem wciąż są  produkowane. Zgodnie z tą tendencją w „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” pojawiła się symulacja młodego Harrisona Forda. Możemy też zobaczyć młodszego Willa Smitha w filmie „Gemini Man”. Wcześniej mieszane uczucia budzili w „Irlandczyku” odmłodzeni Robert De Niro i Al Pacino. 1.

Ponieważ mimo ogromnego postępu w tej dziedzinie, technika odmładzania za pomocą CGI daje wciąż dość kontrowersyjne efekty, sporo było dyskusji i krytyki tych praktyk. Jeszcze więcej kontrowersji wzbudzają praktyki przywracania aktorów już nieżyjących, aby jako cyfrowa wersja znów zagrali swoją rolę. Znanym przykładem Wielki Moff Tarkin Petera Cushinga w „Łotr 1”. W nowych filmach z serii „Gwiezdne Wojny”, produkowanych przez Disneya, pojawia się również Carrie Fisher jako młoda księżniczka Leia. 

„Obcy: Romulus” próbuje obejść etyczne wątpliwości dotyczące wskrzeszania nieżyjącego aktora, wskrzeszając androida nie tego samego, lecz takiego samego jak ten znany z pierwszej części serii, identyczny model. I w niego wciela się cyfrowy sobowtór Iana Holma, który grał tamtego pierwotnego androida. Sam aktor zmarł w 2020 roku.

Twórcy filmu powiedzieli w rozmowie z magazynem „Variety”, że przenieśli cechy wyglądu Holma na ekran za pomocą animatroniki mimiki i ruchów realnego człowieka, który poruszał się i funkcjonował jako filmowy android. Na to nałożono animację komputerową odtwarzającą wygląd Holma.

Korzystanie przez studia filmowe z takich „symulakrów” było jednym z wątków strajku aktorów (wraz ze scenarzystami i innymi twórcami) w Hollywood. Jednak w rozmowie z „Variety” twórcy „Romulusa” mówią, że obawy, iż postacie generowane cyfrowo zastąpią aktorów, są w tej chwili całkowicie bezpodstawne. Wyjaśniają, że do symulowania postaci pozornie granej przez Holma trzeba było zatrudnić czterdzieści pięć osób, nie wspominając o konieczności zatrudnienia realnego aktora, którego ruchy były fizycznym podłożem dla dalszej obróbki cyfrowej.

Być może jednak postępy techniczne w tej dziedzinie sprawią, że koszty komputerowych technik generowania postaci na ekranie spadną, a efekty będą lepsze, mniej sztuczne, mniej rażące dla widzów pamiętających żywe (lub młodsze) pierwowzory. Większość wyzwań wiąże się tu z próbami odtworzenia postaci ludzkich, a my, widzowie, jako ludzie, mamy spore kompetencje w rozpoznawaniu wszystkiego, co nienaturalne w wyglądzie, zachowaniu i ruchach postaci, które widzimy i słyszymy na ekranie. Ponadto chodzi tu o odtworzenie postaci dobrze znanych, które pamiętamy jako żywych i młodych ludzi.

Gwiazda CGI nie wywołuje skandali

Na Dalekim Wschodzie od dawna częścią rozwiązania tego problemu jest generowanie postaci i gwiazd, które są od początku obiektami cyfrowymi. 

W Chinach już kilka lat temu wiadomości telewizyjne czytały postacie CGI, zasilane algorytmami sztucznej inteligencji. Pod koniec 2023 roku zaprezentowano tam Lili Ziren, „pierwszą aktorkę AI”, która pojawiła się w serialu telewizyjnym obok kolegów-ludzi z obsady aktorskiej.

W porównaniu ze znanymi wcześniej wirtualnymi influencerami i wcielającymi się w role celebrytów robotami AI, które opisywano w mediach na całym świecie, Lili jest oceniana jako znaczący krok do przodu. Według wielu ocen jest znacznie bardziej naturalna i realistyczna w swoich ruchach, mowie i w innych zachowaniach niż znane dotychczas produkcje. Cyfrowa aktorka, która w sieci występuje również pod pseudonimem Leah, ma własną stronę w serwisie filmowym IMDb i rosnącą bazę fanów na chińskich platformach społecznościowych.

Lili nie jest klonem konkretnej, już istniejącej osoby, choć do wygenerowania jej wyglądu, mowy i ruchów posłużyła wielka baza danych oparta na rzeczywistych ludzkich postaciach, także aktorach. W Kraju Środka uważa się, że aktorzy generowani przez sztuczną inteligencję, tacy jak Lili, to atrakcyjna alternatywa dla firm i branży rozrywkowej w Chinach, ponieważ są pod pełną kontrolą i nie zrobią nic kontrowersyjnego (przynajmniej jeśli twórcy tego sobie nie zażyczą). „To bardzo dobrze! Jej reputacja nigdy nie zostanie zniszczona przez skandal”, pisał cytowany przez media jeden z internautów z Fujian na platformie społecznościowej Douyin, chińskiej wersji TikToka. „Czuję, że jest lepsza niż prawdziwa osoba. Po tym wszystkim zamieńmy wszystkich [ludzkich aktorów] na tych aktorów AI”, pisał inny.

Wypowiedzi te mają w Chinach szczególny kontekst. W 2020 r. producenci jednego z telewizyjnych seriali po cichu za pomocą obróbki cyfrowej podmienili twarz jednemu z aktorów po tym, jak został on zatrzymany za zakłócanie porządku publicznego. Efekt został oceniony niedobrze i spotkał się z krytyką. Dziś podkreśla się, że z tworami takimi jak Lili nie będzie takich problemów. To są jednak Chiny. W naszym kręgu kulturowym taka wirtualna gwiazda, choć nie wzbudza kontrowersji związanych ze wskrzeszaniem po śmierci, może budzić wiele innych zastrzeżeń. 

Mirosław Usidus