By było jak dawniej. Technika retro powraca w wielu dziedzinach, na różne sposoby

By było jak dawniej. Technika retro powraca w wielu dziedzinach, na różne sposoby
Powrót starych technik pisania kojarzyć się może z porzuceniem komputerów na rzecz maszyn do pisania, jednak, jak się okazuje, retro może być dziś już nawet stary komputerowy program do edycji tekstu, taki jak WordStar. Robert J. Sawyer, pisarz SF, zebrał wielkie repozytorium tego, aktualizowanego ostatni raz w 1992 r. programu i udostępnia je w Internecie za darmo.

Inicjatywa kanadyjskiego pisarza nie jest jeszcze za bardzo znana na świecie. Znany jest za to sukces płyt winylowych w ostatniej dekadzie. To jeden z najbardziej spektakularnych przykładów powrotu techniki retro. Jak się w ostatnich latach okazuje, za powrotem mody na płyty z rowkami i gramofony idą inne retropowroty. Sprzedaż kaset magnetofonowych w Wielkiej Brytanii wzrosła z paru tysięcy sztuk w 2012 r. do prawie dwustu tysięcy w 2022 r. i wciąż rośnie. Swoją muzykę na kasetach wydali ostatnio znany wykonawcy, Arctic Monkeys (1), Harry Styles i Florence + the Machine. Według danych brytyjskiego przemysłu fonograficznego, sprzedaż kaset rośnie od  dekady, choć wciąż jest znacznie niższa niż płyt winylowych.

1. kaseta magnetofonowa. 
Fot: stock.adobe.com

Mark Burgess, założyciel wydającej kasety firmy Flashback Records, powiedział telewizji Sky News, że w jego sklepie w północnym Londynie sprzedaż kaset wzrosła po pandemii. Jego zdaniem, na atrakcyjność kaset wpływ mają ich „kolekcjonerskie” walory, zwłaszcza dla młodszych fanów muzyki. Dają coś, czego nie dają playlisty w serwisach streamingowych. Ktoś o duszy zbieracza i hobbysty zwykle dąży do fizycznego posiadania przedmiotów, które kolekcjonuje. Zgromadzenie utworów czy całych albumów muzycznych, dostępnych dla każdego użytkownika na liście w sieci, nie zaspokaja tej potrzeby.

Historia muzyki, rynku płytowego i nagraniowego to typowa historia końca a zarazem początku czegoś zupełnie nowego. Nowe technologie przyczyniły się zarówno do pierwszego, jak i drugiego. Wszystko jest dziś zupełnie inne niż dwadzieścia lat temu a zarazem podobne. Muzyka gra, artyści zarabiają, fani słuchają swoich idoli i są im wierni. W 1974 r. na całym świecie sprzedano około miliarda płyt, a pod koniec stulecia liczba sprzedanych płyt była ponad trzy razy większa. I wtedy pojawił się serwis udostępniania muzyki w sieci, Napster, a za nim szereg kolejnych, coraz bardziej wyrafinowanych usług internetowych: Kazaa, Limewire, Grokster, DC++, i The Pirate Bay. Mimo że tradycyjny przemysł muzyczny stosował bardzo agresywne metody, zarówno prawne, jak i techniczne, aby powstrzymać zmiany, słusznie wskazując, że to bezprawie, przychody z „legalnej muzyki” zaczęły spadać. Do końca 2013 r. sprzedaż fizycznie dystrybuowanych nagrań muzycznych (np. kaset, płyt CD, winyli) mierzona w sprzedaży jednostkowej, powróciła na poziom z początku lat 70. W ciągu dekady przemysł muzyczny załamał się – na amerykańskim, największym rynku muzycznym, roczne przychody spadły z 14,6 mld USD w 1999 roku do 6,3 mld USD w 2009 roku. Sprzedaż płyt CD spadła w poprzedniej dekadzie w sumie z około 450 milionów do 89 milionów. Zaczęło się przeobrażenie z rynku produktów (płyty CD, kasety i indywidualne pliki do pobrania za opłatą) do działalności opartej na usługach (streaming). Przez lata nikt nie potrafił stworzyć modelu, który odpowiadałby zarówno odbiorcom, jak też zapewniał odpowiednią gratyfikację dla artystów.

Po latach branża częściowo się przystosowała. W 2015 roku Universal Music Group, największy gracz w branży muzycznej, osiągnął przychody w wysokości ponad 5 miliardów dolarów, z czego miliard dolarów pochodził ze strumieniowego przesyłania muzyki. Przychody z transmisji strumieniowych muzyki po raz pierwszy przekroczyły przychody ze sprzedaży formatów tradycyjnych w 2017 r. Przychody niektórych firm z branży muzycznej rosły w tym okresie szybciej niż w jakimkolwiek innym roku od 1995 r. Odrodzenie to głównie tzw. efekt Spotify, choć to  nie jedyny steamingowy serwis muzyczny, to można go uznać za symbol nowych czasów.

Dostosowując się do nowej techniki i do nowych czasów, branża muzyczna a nawet sama muzyka bardzo się zmieniły w ciągu dwóch pierwszych dekad XXI wieku. Jednak już po kilku latach od „szoku Napstera”, w 2006  roku, niespodziewanie zaczęła rosnąć sprzedaż płyt winylowych. Początkowo uznano to za fanaberię i przelotną „módkę” wśród hobbystów i  dziwaków. Jednak tendencja nie opadła. Wzmagała się w kolejnych latach. Sprzedaż muzyki na tym znanym od ponad wieku nośniku rosła i wciąż rośnie. Artyści, nie tylko starzy klasycy, zaczęli wydawać specjalne edycje albumów winylowych, nośnika wcześniej zarzuconego na rzecz płyt CD. Wytwórnia płytowa Third Man otworzyła w 2017 roku zupełnie nową tłocznię takich płyt w Detroit, pierwszy taki zakład otwarty od 35 lat. Dziś nawet Taylor Swift wydaje specjalne serie nagrań na płytach winylowych. Sprzedaż winyli, choć daleko jej jeszcze do najlepszych lat, w ostatnich latach wciąż rośnie.

Urok winylowej płyty

Powrotowi winyli towarzyszy powrót gramofonów. Przez dziesięciolecia wyjmowanie płyty z opakowania, umieszczanie go na gramofonie, upuszczanie igły i słuchanie to były uświęcone rytuały (2). Rodząca się z obrotów krążka muzyka była rodzajem magii. Wokół roztaczała się eteryczna moc emanująca z urządzenia powstałego jeszcze w XIX wieku. W miarę jak kasety i płyty CD, a ostatecznie MP3 i streaming zaczęły wypierać płyty, rytuały te znikały, a wraz z nimi magia.

2. Złota era gramofonów.
Fot. stock.adobe.com

Jeszcze przed ponowną eksplozją popularności winyli sporo było audiofilów, którzy wciąż trzymali się starych płyt i swojego starego, ale wciąż doskonałego sprzętu stereo. Wraz z nową falą wzrostu sprzedaży płyt wzrósł również popyt na klasyczne odtwarzacze płyt.

Gramofony mają długą historię. Powstało ich wiele różnych form i odmian, od tanich zgrabnych modeli walizkowych, uwielbianych przez nastolatki, po wysokiej klasy (Hi-Fi. co jest skrótem od high-fidelity), które funkcjonowały jako centralne elementy wystroju pomieszczeń. Hi-Fi, zazwyczaj w połączeniu z równie wysokiej jakości zestawami głośników, tworzyły konfiguracje stereo.

Można wymienić szereg kultowych marek gramofonów, np. amerykańską RCA Victor. Victor to jeden z najstarszych producentów sprzętu audio, działający w latach 1901–1929. Amerykańska firma znana jest z kultowego logo psa słuchającego fonografu, a w 1930 roku została kupiona przez RCA. Inna historyczna marka to Bang & Olufsen. Założona w 1925 roku duńska firma połączyła najwyższą jakość dźwięku z szykownym minimalizmem. Ich wzornictwo stało się na tyle cenione, że wiele ich odtwarzaczy płyt znajduje się w stałej kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku. Wspomnieć warto też o niemieckiej firmie Dual, założonej w 1907 roku, która z czasem stała się największym producentem gramofonów w Europie. Legendą jest też brytyjska firma Garrard & Co., założona przez jubilerów w 1915 roku, później zaczęła produkować wysokiej klasy gramofony. Amerykańska firma Marantz założona w 1953 roku osiągnęła szczyt popularności w latach 70.

Gramofonów vintage (czyli starych modeli) tych marek szukają najczęściej kolekcjonerzy. To produkty gównie z USA i Europy. Inne są tańsze, choć amatorzy nimi nie gardzą. W latach 60. XX wieku japońscy producenci skutecznie podbili ten rynek. Chociaż nie wszystkie japońskie gramofony mają znaczącą wartość, Stereo Exchange, sklep w Nowym Jorku, który od dziesięcioleci specjalizuje się w kupnie i sprzedaży wysokiej klasy sprzętu audio, wymienia takich japońskich producentów jak Luxman, Nakamichi, Akai i Technics jako „marki cieszące się największym zainteresowaniem”. Wiele zabytkowych odtwarzaczy płyt kosztuje tysiące dolarów. Oczywiście, nie trzeba kupować starych urządzeń, by odtwarzać płyty winylowe. Na rynku są nowe gramofony i adaptery, niektóre udają retro specyficznym designem, ale to chyba nie ma zbyt wiele sensu.

Fotografia na spokojnie

Kolejnym obszarem, na którym widać nostalgię za starą techniką, jest fotografia. Nie jest to może zjawisko o takiej skali jak powrót winyli, ale daje się zauważyć. Po latach dominacji cyfrowej fotografii, aparaty z kliszą wracają tu i ówdzie do łask, oferując doświadczenia dla jednych już zapomniane, dla innych – całkiem nowe.

„Analogowe” robienie zdjęć z użyciem klisz i błon fotograficznych nie tylko przetrwało, ale podobnie jak z wieloma technikami sprzed lat, pisze się sporo i mówi o „powrocie starej sztuki fotografowania i wywoływania zdjęć”. Aparaty z  filmem fotograficznym znów stają się popularne wśród fotografów, zarówno amatorów, jak i profesjonalistów. Nie tylko z powodów nostalgicznych. Do powrotu mody na aparaty filmowe doprowadziło wiele czynników.

Aparaty z kliszą (3) oferują walory jakościowe, której zwykłe aparaty cyfrowe zwykle nie mogą dorównać. Na fizycznej kliszy utrwalane są odcienie i tony, które są trudne do odtworzenia za pomocą cyfrowej obróbki. Ziarno filmu nadaje zdjęciom, tak przynajmniej przekonują amatorzy tej formy fotografowania, osobowości i tekstury, a także ponadczasowego charakteru. Fotografowanie aparatem z filmem zapewnia również doskonałą okazję do nauki i eksperymentowania z różnymi technikami i stylami. Każdy rodzaj filmu ma swoją własną charakterystykę i może dawać różne rezultaty. Eksperymentując z różnymi filmami i technikami wywoływania, można znaleźć swój własny, niepowtarzalny styl i lepiej zrozumieć sztukę fotografii.

3. Stary aparat i klisza fotograficzna.
Fot. stock.adobe.com

Fotografowanie aparatem na kliszę wymaga poświęcenia czasu, przemyślenia kompozycji i robienia bardziej przemyślanych zdjęć. Wielu ceni to podejście bardziej niż szybkie cyfrowe pstrykanie masowych fotek w masowych liczbach. To taka swoista „slow photography” przez analogię do „slow food” vs. fast food. Chociaż zakup w pełni automatycznych aparatów z kliszą jest możliwy, ludzie, którzy fotografują na filmie, robią to dla przyjemności, by mieć satysfakcję z kontrolowania wszystkich aspektów tworzenia obrazu. Trzeba ocenić jakość światła, kąt, rodzaj filmu (kolorowy lub czarno-biały, ISO), obiektyw, przysłonę i czas otwarcia migawki. Ludzie zdają sobie sprawę z różnicy między zastosowaniem filtra w aplikacji do obrazu cyfrowego a fotografowaniem prawdziwej rzeczy – na filmie. Wymaga to kreatywności na wyższym poziomie niż filtr cyfrowy zastosowany do obrazu na lustrzance cyfrowej. Istnieje cały rytuał. Najpierw rozważania, jakiego filmu użyć, kolorowego czy czarno-białego. Następnie należy podjąć decyzję co do czułości ISO. Wybór trybu czarno-białego decyduje o tym, jakiej chemii użyjemy do wywołania filmu po zrobieniu zdjęcia. Każda kombinacja chemii z materiałem filmowym nadaje mu inny wygląd, powstaje wyjątkowe zdjęcie. Klisza wydobywa wiedzę, doświadczenie i kreatywność fotografa, który ma do dyspozycji tylko 24…36 klatek na rolce. Liczba ta zmniejsza się jeszcze bardziej, jeśli fotografują w średnim formacie 6×6 – spada do dwunastu zdjęć. Jeśli fotografują w dużym formacie, liczba ta spada do dwóch zdjęć. Ponieważ nie ma natychmiastowej informacji zwrotnej, jaką dają aparaty cyfrowe, trzeba być bardziej świadomym podczas fotografowania. Fotografia w starym stylu może być bardziej satysfakcjonująca, ale wymaga większej wytrwałości i umiejętności.

Co ciekawe, fotografowie będący zwolennikami kliszy kupują starsze aparaty, czasem starsze niż pół wieku. Gdy takie aparaty zostaną poddane przeglądowi, naprawie drobnych części, wymianie sprężynek, czyszczeniu, smarowaniu i regulowaniu, przetrwają kolejne pokolenie. Cyfrówki żyją zwykle kilka lat. Są wymieniane i nikt tym się nie przejmuje.

Zdjęcia na kliszy, zdaniem ekspertów zwolenników tradycyjnego fotografowania, mają pewną głębię, której nie widać na zdjęciach cyfrowych. Jeśli fotografujący nauczy się prawidłowo ustawiać ekspozycję na filmie, to może uchwycić ten zakres dynamiki w jednym ujęciu. Technologia cyfrowa nadaje zdjęciom wygląd wyraźny, ostry, żywy, ale zarazem całkowicie przewidywalny. Niewielu fotografów potrafi wyróżnić się na obszarze fotografii cyfrowej, która jest obecnie zajęciem masowym. Z filmem fotograficznym nie jest tak samo. Nie jest łatwo masom uzyskać unikatowy styl, jaki fotograf nadaje swoim zdjęciom analogowym. Daje to możliwość stworzenia niepowtarzalnego stylu, widocznego na każdym jego zdjęciu, którego naśladować ani podrobić w sposób wierny właściwie nie sposób.

Po wykonaniu zdjęcia rolka filmu musi zostać wywołana. Choć może to stanowić wyzwanie dla początkujących, wywoływanie filmu jest istotną częścią doświadczenia prawdziwego amatora tradycyjnej fotografii. Własnoręczne wywołanie własnego filmu pozwala sporo zaoszczędzić (zwłaszcza że  miejsc, w których można to zrobić, jest już obecnie niewiele i nie są łatwo dostępne) i uzyskać większą kontrolę nad końcowym produktem. Jednak zakup odpowiedniego sprzętu i chemikaliów może również wymagać czasu i niebagatelnych środków finansowych.

Jedną z głównych barier wejścia na rynek fotografii analogowej starego typu są oczywiście pieniądze. Zakup filmu i  jego obróbka, a także ciągłe kupowanie materiałów fotograficznych może być kosztowne. Jednak, biorąc pod uwagę wyjątkowe cechy fotografii filmowej, wielu fotografów uważa, że koszty są uzasadnione.

Fala retropowrotu obejmuje nawet proste aparaty instant z dawnych lat. Wiele osób wspomina czasy, gdy oczekiwanie na wywołanie zdjęć w aparacie Polaroid (4) było ekscytującym doświadczeniem o nigdy niepewnym do końca wyniku. W czasach przedcyfrowych polaroidy były przez „prawdziwych fotografów” pogardzane, ale stały się częścią nostalgicznej fali powrotu do starej techniki fotograficznej. W przeciwieństwie d o fotografii cyfrowej, w której zdjęcie można usunąć lub edytować za pomocą kilku kliknięć, aparaty Polaroid wprowadzały element zaskoczenia i nieprzewidywalności. Z każdym naciśnięciem migawki tworzone jest zdjęcie, rejestrujące moment w czasie, którego nie można powtórzyć. Poczucie wyjątkowości tego, co w nich powstaje, dodaje uroku tym aparatom. Innym powodem odrodzenia się aparatów Polaroid jest krzyżowanie sztuki i techniki. Współcześni artyści i fotografowie odkrywają kreatywne możliwości oferowane przez zdjęcia instant. Ograniczona kontrola i nieprzewidywalność tworzą pole do niepowtarzalnych eksperymentów i dają możliwość artystycznej ekspresji. Na rynek trafiły ostatnio nowoczesne wersje tych aparatów.

4. Aparaty Polaroid.
Fot. stock.adobe.com

Tom Hanks uznaje tylko listy pisane na maszynie

Pomimo powszechności komputerów, a nawet prób reaktywacji „kultowych” edytorów tekstu, o czym piszemy na początku tego raportu, maszyny do pisania znów zdobywają popularność wśród niektórych pisarzy, dziennikarzy i miłośników retro.
W niektórych przypadkach zresztą nigdy nie wyszły z użycia. Cenione są za prostotę, brak rozpraszającego środowiska typowego dla podłączonych do Internetu komputerów, a także ten szczególny charakter pisania na takiej maszynie. Cenią je także ci, którzy lubią zachowywać poufność.

Już w latach 80. XX wieku w krajach rozwiniętych panowało przekonanie, że maszyny do pisania stają się przestarzałe, a za dekadę odejdą. Tak się stało, ale nie do końca. Maszyny do pisania nigdy całkowicie nie odeszły do lamusa. Zdarzają się ludzie, którzy konsekwentnie odmawiają przejścia na komputery. Niektórzy, od dawna skomputeryzowani, chcą jednak mieć maszynę. Na pytanie – dlaczego? – pada taka różnorodność odpowiedzi, że dość trudno opisać jakiś dominujący nurt.

Część osób wciąż używających mechanicznych lub elektrycznych maszyn do pisania, to, jak piszą media, osoby, które zainteresowały się zjawiskiem, profesjonaliści, w tym prawnicy, lekarze, certyfikowani księgowi. Wielu z nich uważa, że maszyny zamiast komputerów dają pewność, że poufne dokumenty pozostaną poufne. Nawet elektryczne maszyny są odporne na hacking z zewnątrz, na inwigilację i ataki ransomware.

Kolejna wyróżniająca się grupa użytkowników maszyn do pisania to profesje kreatywne, nie tylko pisarze. Nie chodzi jedynie o coś ulotnego czy budowanie wizerunku za pomocą sprzętu retro na biurku. Są względy praktyczne, np. nawet jeśli maszyna się zepsuje, to tego, co już się napisało, piszący nie traci. Podczas pisania nie ma też rozpraszającego środowiska Internetu, które, jak wielu dobrze wie, wciąż odciąga piszącego od pracy.

Moda na maszyny do pisania stała się widoczna w mediach społecznościowych cztery lata temu. W dobrym tonie było zamieszczać zdjęcia, a nawet całe sesje z takim, najlepiej możliwie starym, urządzeniem. Nie wszyscy byli oczywiście gotowi na przejście z podłączonych do sieci urządzeń na stare maszyny do pisania. Dla nich pojawiły się specjalne czcionki naśladujące te z maszyn do pisania i klawiatury komputerowe, które imitują wygląd i dotyk klawiszy
maszyny do pisania.

Wiele modeli maszyn do pisania, niegdyś oddanych lub wyrzuconych do kosza, dostępnych jest obecnie na sieciowych platformach e-commerce za setki, a nawet tysiące dolarów. Przykładem jest oryginalna zielona Olivetti Valentine, którą ktoś kupił niedawno za ponad 18 tysięcy dolarów. Oczywiście maszyny były i są przedmiotem kolekcjonerskim, jak wiele urządzeń retro. Nie stanowiłoby to powodu, by pisać o jakimś bardziej masowym zjawisku, gdyby nie duża liczba publikacji głosząca coś w rodzaju powrotu i renesansu maszyny do pisania. Niektórzy impulsu, który rozpalił nową modę, upatrują w emisji filmu dokumentalnego „California Typewriter” z 2016 roku, z wywiadami ze znanymi użytkownikami i kolekcjonerami maszyn do pisania, Tomem Hanksem i Johnem Mayerem. Nieliczni już specjaliści w dziedzinie sprzedaży i naprawy maszyn do pisania zaczęli przeżywać szturm zainteresowanych. Jak na ironię, w powrocie maszyn do pisania pomaga mocno ta sama technika, która ją historycznie wypierała, czyli komputery i sieć je łącząca. Powstała też internetowa społeczność kolekcjonerów i miłośników, znana jako „Typosphere”. Istnieje kwitnący ekosystem grup na Facebooku, kont na Instagramie i kanałów YouTube poświęconych, między innymi, naprawianiu maszyn do pisania, kolekcjonowaniu maszyn do pisania, konserwacji maszyn do pisania, rozmowom o maszynach do pisania, pisaniu na maszynach do pisania i docenianiu, a nawet „pożądaniu”, konkretnych marek i modeli z konkretnych lat i miejsc.

Tradycyjnie relacja między ludźmi a ich maszynami do pisania może być głęboka, nawet duchowa czy uczuciowa. Pisarka romansów, Danielle Steele, napisała ponad sto siedemdziesiąt swoich książek na maszynie Olympia z 1946 roku, którą nazywa Ollie. Autorka poczytnych  horrorów, Shirley Jackson, miała maszynę do pisania, którą nazywała Ernest, a w listach przypisywała jej osobowość i nastroje. Jedna z najsłynniejszych serii zdjęć znanego w USA pisarza i dziennikarza, Huntera
S. Thompsona, pokazuje go po kolana w śniegu, z pistoletem wycelowanym prosto w jego maszynę do pisania. Wystawiając swoją Olivetti Lettera 32 na aukcji w 2009 roku, pisarz Cormac McCarthy napisał, że kupił ją w 1960 roku i używał jej do pisania każdej książki, w tym trzech niepublikowanych, a także szkiców i korespondencji, w sumie około „pięciu milionów słów w ciągu 50 lat”. Zrezygnował z niej tylko dlatego, że przyjaciel kupił mu dokładny zamiennik. Odbierając Złoty Glob za scenariusz do filmu „Brokeback Mountain”, Larry McMurtry złożył najszczersze podziękowania swojej maszynie do pisania. Jak mówił muzyk John Mayer na filmie „California Typewriter”, „maszyna do pisania cię nie ocenia, po prostu robi to, co chcesz”.

Najbardziej znanym kolekcjonerem i orędownikiem maszyn do pisania jest bez wątpienia wspomniany już gwiazdor filmowy, Tom Hanks. W kręgach hobbystów i kolekcjonerów maszyn do pisania ludzie przekonują, że jeśli wyśle się Hanksowi list napisany na maszynie, to on na ten list odpowie. Potrafią podać przykłady, ale chyba nie dzieje się tak w każdym przypadku.

Grać jak kiedyś i mieć z tego przyjemność jak nigdy

W 2024 roku mówi się również o renesansie gier retro, co oznacza zarazem często powrót do sprzętu sprzed lat, nawet dekad. Dla wielu osób granie w klasyczne gry z lat 80. i 90. jest jak cofnięcie się w czasie do dzieciństwa. Rozpikselowana grafika, ścieżki dźwiękowe i prosta rozgrywka przywołują miłe wspomnienia z prostszych czasów. Gry retro są zresztą nie tylko dla tych, którzy dorastali wraz z nimi. Młodsze pokolenia odkrywają te klasyki dzięki swoim rodzicom lub starszemu rodzeństwu, tworząc dodatkowe doświadczenie więzi międzypokoleniowej.

Gry retro często charakteryzują się prostą mechaniką, która jest łatwa do zrozumienie, ale trudna do opanowania na zadowalającym gracza poziomie. Uważa się, że właśnie to połączenie dostępności z trudnym wyzwaniem sprawia, że  gracze lubią te gry i wracają do nich. Tytuły takie jak Super Mario Bros., The Legend of ZeldaSonic the Hedgehog są najlepszymi przykładami gier, które wciąż cieszą się popularnością po dziesiątkach lat po ich premierze. Chwytliwe melodie i niezapomniane efekty dźwiękowe gier takich jak Pac-ManSpace Invaders stały się częścią popkultury. Strony pod hasłem „play retro games” (wpisując je do przeglądarki, znajdujemy całą rodzinę serwisów oferujących takie gry) pozwalają grać bezpośrednio w przeglądarce. Eliminuje to potrzebę posiadania oryginalnego sprzętu lub kartridży. Są tam gry na konsole Game Boy (5): NES, SNES, N64, Sega: Game Gear, Mega Drive, Atari: 2600, 7800, Lynx, Sony: PS1, PS2, SNK: Neo Geo Pocket. Kolekcjonerzy wolą zapewne jednak kupić stare urządzenie. To większe wyzwanie, jeśli chcą grać za ich pomocą w różne gry, gdy wymaga to zakupu nośników, w przypadku starych konsoli głównie kartridży z grami.

5. Game Boy z 1989 roku.
Fot. stock.adobe.com

Kolekcjonowanie gier retro podobnie jak to jest z innymi wracającymi modami stało się popularnym hobby. Kolekcjonerzy lubią polować na rzadkie gry i konsole, zachowując kawałek historii gier. Turnieje klasycznych gier i wydarzenia speedrunningowe zyskują w ostatnich latach na popularności, przyciągając graczy, którzy chcą sprawdzić swoje umiejętności i ustanowić nowe rekordy w grach, które przetrwały próbę czasu.

Amatorskie radio powróci?

Daleko na Wschodzie słychać sygnały o możliwym powrocie jeszcze jednej retrotechniki. Japoński Yomiuri News donosił pod koniec 2023 r., że nadchodzi renesans krótkofalarstwa. W Japonii, podobnie jak w USA, średni wiek radioamatorów wynosi około 60 lat. Jednak ostatnio rośnie zainteresowanie tym hobby, podobnie jak wieloma rzeczami o posmaku retro, wśród młodszych. Niektórzy krótkofalowcy są inżynierami elektronikami lub technikami, którzy często hojnie poświęcają swój czas, udzielając bezpłatnych „konsultacji” młodszym krótkofalowcom.

Radio amatorskie, znane w niektórych krajach jako „królewskie hobby”, jest formą komunikacji radiowej między licencjonowanymi operatorami radiowymi. Liczba entuzjastów radia amatorskiego spadała od mniej więcej lat dziewięćdziesiątych XX w. z powodu upowszechnienia się telefonów komórkowych. Ostatnio pojawiają się jednak oznaki ponownego ożywienia popularności krótkofalarstwa.

Według Japońskiej Ligi Radiokomunikacji Amatorskiej liczba członków organizacji osiągnęła szczyt w 1994 roku i wynosiła około 194 tys. Potem spadała z roku na rok. Jednak w 2021 r. zanotowano pierwszy od prawie trzech dekad wzrost, do ok. 66 tys. członków. Tłumaczono to efektem covidowym, ale po zakończeniu pandemii liczba radioamatorów nie wróciła do tendencji spadkowej.

Zainteresowanie techniką rośnie wśród studentów uniwersytetów w Kraju Kwitnącej Wiśni. Japońskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Komunikacji (MIC) chce promować wśród młodzieży amatorskie radio jako sposób na kształcenie przyszłych inżynierów. Zmieniono przepisy w ustawie radiowej, łagodząc wymagania dla ludzi, którzy interesują się radiem amatorskim, nie mając licencji.

Prawo do naprawy – argumenty nie tylko nostalgiczne

W nurt powrotu retro w technice wpisuje się również opisywana w ostatnich latach w „Młodym Techniku” kilka razy batalia o „prawo do naprawy” sprzętu technicznego. Ruch Right to Repair (ang. „prawo do naprawy”) sięga swoimi korzeniami lat 70. XX wieku. W tym wieku stopniowo nabiera znaczenia po obu stronach Atlantyku. Ruch musi ostro walczyć o to prawo, bo producenci z różnych branż niechętnie rezygnują z kontroli nad konserwacją i naprawą swoich produktów. Wielu producentów wdraża sys-temy, w których jedynie ograniczona liczba warszta-tów lub dealerów jest upoważniona do naprawiania sprzętu. Klienci tych firmowych usług są nierzadko na-rażeni na długi czas oczekiwania i wysokie koszty naprawy i serwisu.

W USA za przełom we wdrażaniu prawa do naprawy we współczesnym rozumieniu uchodzi uchwalenie w 2012 r. przez stan Massachusetts ustawy o prawie do naprawy w sektorze motoryzacyjnym, która zobowiązywała producentów samochodów do sprzedaży takich samych materiałów serwisowych i diagnostyki bezpośrednio konsumentom lub niezależnym mechanikom, jakie wcześniej dostarczali wyłącznie autoryzowanym dealerom. Pomimo oporu ze strony producentów, prawo do naprawy zostało w kolejnych latach przyjęte w wielu stanach USA. Ich lista rośnie, obecnie przekracza połowę wszystkich stanów. Za oceanem ruch ten napędzany był ostatnio głównie przez właścicieli produktów Apple, którzy chcą naprawiać swoje urządzenia na własną rękę lub współpracować z niezależnymi serwisami.

W 2013 roku powstała Koalicja Cyfrowego Prawa do Naprawy, znana również jako Stowarzyszenie na rzecz Naprawy (strona: repair.org), która prowadziła niemal wszystkie stanowe wysiłki legislacyjne w Stanach Zjednoczonych, wpływając na powstawanie podobnie ukierunkowanych grup konsumenckich na całym świecie. Celem Koalicji jest wspieranie rynku wtórnego produktów technologicznych poprzez popieranie przyjaznych dla napraw praw, standardów, regulacji i polityki. Jej członkowie są zaangażowani w naprawy, odsprzedaż, odnawianie, rekonfigurację i recykling niezależnie od branży.

Przeciw producentom zwróciła się w tej sprawie nawet armia USA. Kapitan Elle Ekman, oficer logistyczny w Korpusie Piechoty Morskiej USA, napisała na temat prawa do naprawy w wojsku do „New York Times”. Opisuje w artykule m.in., jak musiała naprawić generator. Naprawa ta, jak pisze Ekman, nie mogła się odbyć z powodu ograniczeń narzuconych przez gwarancję producenta. Ekman przytacza również incydent z pracy na Okinawie w Japonii, gdzie silniki lotnicze musiały zostać wysłane do USA w celu naprawy, ponieważ wymagał tego kontrakt. Trwało to miesiącami. Jak zauważa Ekman, wojsko ma zasoby do przeprowadzenia takich napraw, ale nie może ich wykonać z powodu gwarancji, specyfikacji, braku narzędzi, poradników lub oprogramowania i innych środków wprowadzonych przez producentów po to, by zapobiegać naprawom „zrób to sam”.

Kilka lat temu prezydent Joe Biden podpisał rozporządzenie wykonawcze, które zmusza Federalną Komisję Handlu do  ułatwienia naprawy produktów przez osoby trzecie, jednak według zgodnej opinii walki o prawo do naprawy to nie kończy.

Również batalia o prawo do naprawy aut w UE dała pewne wyniki, gdyż przyznano m.in. niezależnym warsztatom i sprzedawcom detalicznym dostęp do narzędzi diagnostycznych producentów (których po angielsku nazywa się Original Equipment Manufacturers, OEM) i do naprawy pojazdów, dając właścicielom samochodów wybór dzięki dostępowi do lokalnych alternatyw. UE przygotowuje się obecnie do rozszerzenia tych zasad na inne wytwarzane produkty. W lipcu 2017 roku Parlament Europejski zatwierdził zalecenia, aby kraje członkowskie uchwaliły prawa dające konsumentom prawo do naprawy ich elektroniki, jako część większej aktualizacji swojej poprzedniej dyrektywy Ecodesign z 2009 roku, która wzywała producentów do produkowania bardziej energooszczędnych i czystych urządzeń konsumenckich. Możliwość naprawy urządzeń jest postrzegana w tych zaleceniach jako środek do zmniejszenia ilości odpadów w środowisku. UE wymaga m.in., aby producenci elektroniki użytkowej zapewniali, że ich produkty będą działać przez co najmniej dziesięć lat. Wymierzone jest to przeciw celowemu ograniczaniu ich cyklu życia w celu zwiększenia zysku ze sprzedaży. UE przyjęła w październiku 2019 r. przepisy, które po 2021 r. wymagają od producentów możliwości dostarczania części zamiennych profesjonalnym serwisantom przez dziesięć lat od daty produkcji. Przepisy nie dotyczyły innych aspektów związanych z prawem do naprawy, a aktywiści zauważyli, że nadal ograniczało to zdolność konsumentów do wykonywania własnych napraw.

Dyrektywy unijne same w sobie oczywiście nie zniechęciły producentów do kontroli nad całym cyklem życia produktu. Pojawiają się wciąż nowe metody blokowania urządzeń, np. oznaczanie komponentów urządzenia numerami seryjnymi, by nie mogły być zamieniane na inne. Nawet najczęstsze naprawy, takie jak wymiana wyświetlacza w smartfonie, mogą powodować nieprawidłowe działanie ze względu na blokady zaimplementowane w oprogramowaniu. Na przykład Apple stopniowo ograniczało możliwość wymiany wyświetlaczy w iPhone’ach, od komunikatów ostrzegawczych do usuwania funkcji bezpieczeństwa, takich jak Face ID, jeśli wyświetlacz nie został wymieniony przez autoryzowany przez producenta zakład naprawczy. Pionierem tego rodzaju rozwiązań był znany w sektorze rolniczym producent ciągników John Deere. W ciągu ostatnich pięciu lat stało się to powszechnym zjawiskiem w elektronice użytkowej.

Oprócz zwracania uwagi na wolność i własność ruch na rzecz prawa do naprawy używa też argumentacji ekologicznej, mówiąc np. o redukcji masy elekroodpadów. Zwolennicy Right to Repair chcą kupować urządzenia, które można naprawić lub zmodernizować. Dotyczyłoby to wszystkich aspektów urządzenia elektrycznego lub elektronicznego, w tym nie tylko sprzętu, ale także baterii, pamięci i mocy obliczeniowej.

Producenci, broniąc się przed zarzutami o charakterze środowiskowym, wskazują m.in. presję na obniżane cen produktów. Skoro ma być tanio, to siłą rzeczy nie można oczekiwać od sprzętu najwyższej jakości, trwałości i naprawialności. Uważa się, że nawet 95 proc. surowców wykorzystywanych do produkcji urządzeń elektronicznych można poddać recyklingowi. Jednak w zdecydowanej większości nowo produkowanych urządzeń materiałów pochodzących z recyklingu ze względu na wyższy koszt wykorzystuje się niewiele lub wcale. Sam recykling jest kosztem, i to niebagatelnym. Jest opłacalny wtedy, gdy dotyczy cennych surowców, np. złota, miedzi, metali ziem rzadkich. Jednak współczesne produkty składają się w głównej masie z tworzyw sztucznych i tańszych metali. Nawet lit z akumulatorów jest odzyskiwany jedynie w niewielkim stopniu.

Naprawa urządzenia, które jest w dużej części plastikowe, a jest plastikowe, bo dzięki temu jest lżejsze, oszczędza środowisku nowej porcji odpadu. Jednak nie w każdej branży rachunek jest prosty, np. jeśli chodzi o samochody, bierze się pod uwagę emisyjność starych aut. Państwa czasem wręcz zachęcają obywateli do wymiany samochodów na nowsze, tak jak to było w Niemczech w 2009 roku, aby pozbyć się z dróg starych, zanieczyszczających powietrze modeli.

Warto wspomnieć, że za prawem do naprawy przemawia nie tylko ekologia i argumenty na rzecz walki z bezrobociem. Już dość dawno zauważono, że blokowanie i kontrolowanie sprzętu przez OEM prowadzi do dławienia rozwoju innowacyjnych rozwiązań. Dobrym przykładem może być historia IBM w Stanach Zjednoczonych sprzed kilku dekad. IBM, wówczas wiodący dostawca rozwiązań informatycznych dla rządu USA i dużych korporacji, został pozwany przez Departament Sprawiedliwości za antykonkurencyjne zachowanie osłabiające rynek komputerów używanych przez niedopuszczanie klientów i umożliwianie jedynie dzierżawienia produktów. Cały sprzęt musiał być zwrócony do IBM po wygaśnięciu umów leasingowych. Dostęp do oprogramowania i sprzętu IBM był powiązany ze sobą, co skutecznie trzymało inne firmy programistyczne z dala i nie pozwalało klientom na uruchamianie programów IBM na maszynach innych niż IBM. Wprowadzone po postępowaniu sądowym dekrety stanowiły pierwszą formę rzeczywistego prawa do naprawy i zarazem otworzyły drogę innym firmom, takim jak HP i producentom z Azji, do wprowadzenia tzw. urządzeń kompatybilnych z IBM, co w efekcie spowodowało pojawienie się dużej liczby różnych graczy na rynku. W tym przypadku walka o prawo do rozporządzania kupowanym sprzętem i naprawy doprowadziła do rynkowego boomu komputerowego z korzyścią dla klientów i gospodarki.

Producenci aktywnie walczą z wprowadzanymi w kolejnych stanach i krajach przepisami o prawie do naprawy. Zrzeszająca OEM organizacja TechNet w oświadczeniu wydanym w odpowiedzi na wspomniane rozporządzenie Bidena pisze m.in.: „Umożliwienie niezweryfikowanym stronom trzecim dostępu do wrażliwych informacji diagnostycznych, oprogramowania, narzędzi i części zagroziłoby bezpieczeństwu komputerów, tabletów i urządzeń konsumentów oraz naraziło ich na ryzyko oszustw i kradzieży danych”. Wielu producentów popularnych urządzeń postrzega teraz naprawy i konserwację jako strumień przychodów podobny w rodzaju do tego, który zapewnia sprzedaż wkładu do drukarki lub żyletki. Dla dealerów samochodowych zyski z „serwisu” mogą teraz przewyższać zyski ze sprzedaży nowych samochodów. Wielcy i znani producenci, teoretycznie, mogą sprawować pełną kontrolę nad niezawodnością urządzeń dzięki technice, która jest niedostępna dla niezależnych warsztatów i majsterkowiczów, nie mówiąc już o zdalnym wykrywaniu problemów, zanim w ogóle zajdzie potrzeba naprawy. Ta niezawodność po stronie użytkownika oznacza „spokój ducha” i przekłada się na to, czego wielu ludzi pragnie – wygodę.

Wiele współczesnych najbardziej zaawansowanych urządzeń nie nadaje się do naprawy w zakurzonych punktach naprawy, jakie wielu pamięta z dawnych czasów. Retronostalgia ma swój urok, ale nie jest rozwiązaniem na awarie kropek kwantowych w telewizorach i nanotechnologie. Czasem warto wrócić do rzeczy, która właściwie też jest retro, do zdrowego rozsądku i wiedzieć, kiedy postulat „by było jak dawniej” ma sens. 

Mirosław Usidus