Tam, gdzie nie ma Internetu. Świat od zera do stu procent

Tam, gdzie nie ma Internetu. Świat od zera do stu procent
Być może trudno w to uwierzyć, ale na świecie wciąż są duże obszary, na których nie da się połączyć z Internetem – lub gdzie działa on tak, jakby go nie było. Z drugiej strony, istnieją też kraje takie jak Islandia, z dostępnością do sieci wynoszącą 100%.

Według badań Pew Global z roku 2015, biorących pod uwagę czterdzieści najbardziej rozwiniętych krajów świata, średni poziom dostępu do Internetu wynosił w nich ok. 67%. W tę statystykę wliczono też osoby, które zgłaszają korzystanie z sieci w sposób okazjonalny lub po prostu mają dostęp do niej w związku z samym posiadaniem smartfona.

Zgodnie z raportem Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (ITU), dostępu do Internetu pozbawionych jest na świecie 3,9 miliarda ludzi. Stopień dostępności w społeczeństwach krajów rozwiniętych wynosi 81%, w krajach rozwijających się - 40%, zaś w słabo rozwiniętych - zaledwie 15%.

Rozpowszechnienie Internetu na świecie, w procentach ludności (źródło: Wikipedia)

Rozpowszechnienie Internetu na świecie, w procentach ludności (źródło: Wikipedia)

 

Niedawno opublikowany raport Akamai Technologies ukazuje białe plamy na globalnej mapie. W takich państwach jak Birma/Myanmar, Kuba i Korea Północna obywatele w ogóle nie mają dostępu do sieci, zgodnie z polityką swoich rządów. Nawet specjalne pozwolenia pozostają przedmiotem intensywnej kontroli, a usługi Wi-Fi, np. na Kubie, są dostępne tylko w większych miastach. Ponadto, jak podaje Akamai, w dwunastu krajach ograniczono możliwości korzystania z Internetu, ponieważ zgodnie z obowiązującym tam prawem państwo ściśle kontroluje serwery. Do owych oaz "prawdziwej wolności" należą: Arabia Saudyjska, Chiny, Egipt, Irak, Iran, Kuba, Syria, Tunezja, Turkmenistan, Uzbekistan, Wietnam i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Istnieją też kraje, w których wprawdzie nie ma ścisłej kontroli czy też politycznych ograniczeń, ale wskaźnik dostępności do Internetu wśród mieszkańców jest niższy niż 20%. Są to: Angola, Bangladesz, Indie, Indonezja, Jemen, Madagaskar, Mozambik, Namibia, Nepal, Pakistan, Sri Lanka, Turkmenistan, Zambia i Zimbabwe.

 

Latające serwery

Niektórym białe lub choćby tylko szare plamy na mapie światowego Internetu nie dają spokoju. Potentaci IT - oprócz poszukiwania technologii przewodowych, a zwłaszcza bezprzewodowych, przenoszących wielokrotnie większe ilości danych - pracują nad koncepcjami i projektami geograficznego rozsiania Internetu po wszystkich zakątkach planety, dostarczenia go do miejsc, do których jeszcze nie dotarł lub gdzie dostępny jest w niewielkim zakresie. Najgłośniejsze z nich to projekty Google, Facebook i SpaceX.

Ich autorzy chcą zanieść sieć na pustkowia, tereny w których nie opłaca się inwestować konwencjonalnym operatorom telekomunikacyjnym, i do ludzi zbyt biednych, by stanowili grupę klientów dla tradycyjnego biznesu. Google planuje to uczynić za pomocą okrążających Ziemię napełnionych helem balonów. Facebook - na skrzydłach dronów, których prototypy mają już nawet za sobą pierwsze loty. SpaceX - z wykorzystaniem mikrosatelitów rozmieszczonych na niskich orbitach. Plany zakładają, że latające serwery zapewnią lokalnym dostawcom dostęp do sieci po obniżonych cenach, a to z kolei przełoży się na lawinowy wzrost liczby indywidualnych użytkowników.

Facebook kilka lat temu ogłosił plany korzystania z zasilanych energią słoneczną dronów firmy Ascenta, którą zresztą kupił w 2014 r, do dostarczania Internetu w odległe zakątki świata. Urządzenia mają latać 20 km nad ziemią, czyli wysoko ponad trasami przelotów samolotów pasażerskich. Zasilanie słoneczne oznacza możliwość kursowania bez przerwy przez całe miesiące. Choć w porównaniu z satelitami drony pokrywać mogą znacznie mniejsze obszary, to w odróżnieniu od orbitalnych urządzeń da się je sprowadzać na ziemię, naprawiać, przenieść nad inny teren - a koszt wyniesienia ich w górę jest niebotycznie mniejszy.

Na razie realia są dla projektu Facebooka dość brutalne. Jego futurystyczny dron pod nazwą Aquila został uszkodzony już podczas pierwszego lotu testowego, w czerwcu 2016 r., o czym zresztą firma nie informowała przez kilka tygodni. W lecie 2017 r. udało się uzyskać w lotach próbnych wysokość ok. tysiąca metrów. W tym roku drony Facebooka mają być zademonstrowane publicznie. O początku funkcjonowania tych maszyn w roli latających serwerów póki co niewiele jednak wiadomo. Dodatkowo spółka Marka Zuckerberga, w wyniku eksplozji rakiety Space X we wrześniu 2016 r., straciła też swojego internetowego satelitę AMOS-6. Mimo że firma nie była winna tej sytuacji, to incydent pokrzyżował jej plany. Mark Zuckerberg zapewnił jednak, że Facebook nadal będzie zaangażowany w dostarczanie Internetu z powietrza.

Dron Aquila

 

Balony nad Portyroko

Google początkowo eksperymentowało z dronami, ale w końcu zdecydowało, że Projekt Loon opierać się będzie na balonach wypełnionych helem, unoszących się w stratosferze (18-25 km), gdzie wiatry są relatywnie łagodne, a turbulencje pozostają względnie niedokuczliwe. W gondoli mają się znajdować urządzenia nadawcze, do "rozsiewania" Internetu. Balony Google’a wyróżniają się tym, że nie tylko będą dostarczać sygnał do stacji bazowych telefonii komórkowej czy do nadajników Wi-Fi na ziemi, ale mogą same służyć jako stacje bazowe, a pojedyncze urządzenia mobilne łączą się z nimi bezpośrednio.

Balony nie mają silników, ale można nimi sterować za pośrednictwem komputera. Kierunek lotu jest przyjmowany poprzez zmianę wysokości lotu w stratosferze, gdzie wiatry wieją warstwowo, w różne strony. Zajmująca się projektem spółka Alphabet X wprowadziła nowy zestaw algorytmów sterujących, rozwijanych dzięki uczeniu maszynowemu. Mówiąc po ludzku - zmieniła zasady logistyki balonów. Wcześniej były rozproszone po świecie, a gdy jeden balon ruszał dalej, inny zastępował jego miejsce. Teraz balony mają poruszać się w skupiskach. Zdaniem X to znacznie bardziej efektywne rozwiązanie. Firma może przemieścić balony i dostarczyć Internet tam, gdzie potrzeba, w ciągu tygodni, a nie miesięcy, jak dotychczas.

Jesienią 2017 r. amerykańska FCC, czyli Federalna Komisja Łączności Stanów Zjednoczonych zgodziła się na umieszczenie balonów Projektu Loon nad Portoryko i Wyspami Dziewiczymi, które zostały spustoszone przez huragan Maria. Szacuje się, że ok. 83% tamtejszej ludności pozostało bez łączności. Alphabet X otrzymał zgodę na używanie ich w tym rejonie do sześciu miesięcy. Balony mają przywrócić na tych terenach połączenia w sieci komórkowej na częstotliwości 900 MHz, będą też w stanie zapewnić dostęp do szybkiego Internetu. Wcześniej balony skierowano do Peru, które zostało nawiedzone przez powodzie. Zatem projekt Google’a jest już testowany w warunkach polowych.

Balon Projektu Loon w Peru

Balon Projektu Loon w Peru

 

Prawo czy przywilej - neutralny czy darmowy

Nie wszędzie i nie dla każdego jest jasne, jak w ogóle traktować Internet i dostęp do niego. Czy to element infrastruktury, czy prawo człowieka? Dwie trzecie Amerykanów uważa, że dostęp do Internetu jest przywilejem, a nie prawem człowieka - tak wynika z ankiety International Business Times, którą opublikowano na początku 2017 r. Przeprowadzona wśród 2 tys. Amerykanów przez firmę AnchorFree - zajmującą się bezpieczeństwem cybernetycznym i prywatnością cyfrową - wykazała zarazem, że 32% Amerykanów uważa, iż dostęp do Internetu jest prawem podstawowym. Liczby te mogą oczywiście wyglądać zupełnie inaczej w innych krajach.

Projekty Google’a i Facebooka, pomimo wielkich słów i oficjalnych deklaracji chęci dotarcia do sieciowych białych plam, mają też podteksty komercyjne. Przykład wspieranego przez firmę Zuckerberga serwisu Internet.org wskazuje, że dostarczanie sieci "pod strzechy" można z powodzeniem rozumieć tylko jako dostarczanie pewnej, określonej jej wersji - w tym przypadku serwisów kontrolowanych przez Facebooka i jego partnerów.

Dochodzimy tu do drażliwej kwestii neutralności i jeszcze drażliwszych skojarzeń z epoką kolonialną. Bo niby dlaczego Internet dostarczany do odległych i niezamożnych rejonów Afryki nie miałby być Internetem neutralnym?