Zostań w domu, zamów taniej!
Nie wychodź z domu i zamów online swoje ulubione pisma 20% taniej. Skorzystaj z kodu rabatowego: czytajwdomu

Facebook. Przestać być cool - to musi boleć

Facebook. Przestać być cool - to musi boleć
W lutym tego roku po sieci krążyły pogłoski o znikających z Facebooka milionach kont. To sytuacja, której nie bilansuje dopływ nowych użytkowników. Analitycy twierdzą, że chodzi o początek końca portalu - ludzie ponoć mają dość społecznościówki Marka Zuckerberga. Jednak zmierzch "Fejsa" wieszczono już kilka razy, a wielki błękit wciąż trwa…

Branżowy serwis internetowy eMarketer podał ostatnio, że w roku ubiegłym w USA z Facebooka wyparowało 2,8 miliona kont internautów w wieku poniżej 25 lat. Prognozy na 2018 r. przewidują wśród młodych dalszy spadek - ponad 2 miliony. Szacunki eMarketer mówią, że najsilniejsza tendencja spadkowa występuje w najmłodszej grupie - od 12 do 17 lat. Ubytek w niej wyniósł 1,4 mln. Facebook nie jest już cool wśród nastolatków - komentują to zjawisko niemal wszyscy.

Opublikowane na początku roku przewidywania firm Edison Research i Triton zdają się potwierdzać tendencję sygnalizowaną przez serwis eMarketer. W tym roku wskaźniki użytkowania Facebooka mają zmniejszyć się we wszystkich grupach demograficznych. Tymczasem w stosunku do innych portali społecznościowych badacze nie prognozują spadków, raczej wzrosty. Według niektórych opinii, będą się one odbywały kosztem Facebooka właśnie.

Warto jednak zwrócić uwagę, że dane eMarketer nie pochodzą z żadnych źródeł związanych z samym Facebookiem. Są oparte na badaniach typu sondażowego. Z kolei Edison Research i Triton przedstawiają jedynie prognozę - czy ona się sprawdzi, zobaczymy dopiero za kilka miesięcy. Zatem wskazana jest rezerwa, choć… trudno oprzeć się wrażeniu, że atmosfera wokół niebieskiej platformy nie jest ostatnio najlepsza. Niedawno samemu Zuckerbegowi wymknęło się, że czas spędzany na Facebooku przez wszystkich użytkowników skrócił się w sumie o blisko 50 mln godzin dziennie.

Faktem jest, że fortuna bywa dla społecznościówek generalnie niezwykle kapryśna. Dowodzi tego historia spadku notowań akcji serwisu Snapchat o 1,5 mld dolarów z powodu zaledwie jednego negatywnego tweeta wysłanego przez „celebrytkę”, niejaką Kylie Jenner, znaną z występów w specyficznych programach typu reality show. Inwestorzy całkiem nieźle orientują się, jakiego rodzaju widownia "siedzi" na Snapchacie i jaki wpływ na nastoletnią klientelę mogą mieć marudzenia niewydarzonej gwiazdki. Dlatego zaczęli pospiesznie pozbywać się akcji serwisu, których kurs spadł w efekcie z 19,05 do 17,05 dolara w ciągu zaledwie kilkunastu godzin.

Czy w obliczu zniechęcającej się grupy "minus 25" obecni na Facebooku celebryci również nie zaczną narzekać na mniejsze zaangażowanie fanów lub wręcz żegnać się, w sposób głośny i widowiskowy, z serwisem? Przykład Snapchata pokazuje, że wyrażane publicznie niezadowolenie internetowej gwiazdki może mieć znacznie bardziej niszczące skutki niż liczone w milionach odejścia nastolatków.

Facebook - palec w dół
Facebook - palec w dół

 

Serwis, z którego prawie nie da się zniknąć

Najnowsza fala zniechęcenia i krytyki dołącza do trwającej od wielu lat batalii o prywatność w serwisie. Większość rzeczy, które umieszczamy na fejsbukowym profilu, ma charakter prywatny. Takie jest przynajmniej domniemanie. Jednak domyślne ustawienia prywatności powodują, że wiele z tych informacji staje się dostępnych dla wszystkich użytkowników serwisu. Zgodnie z polityką prywatności, z którą mało kto się kiedykolwiek zapoznaje, Facebook może przekazać informacje z naszego profilu firmom, z którymi współpracuje. Są to głównie reklamodawcy, twórcy aplikacji i dodatków do profilu.

Według raportu przygotowanego jeszcze w 2014 r. na zamówienie belgijskiej Komisji ds. Prywatności, Facebook analizuje aktywność wszystkich swoich użytkowników - także tych, którzy wylogowali się z serwisu lub nawet zlikwidowali na nim konto. Niezależne od siebie grupy badaczy z Katolickiego Uniwersytetu Leuven i Uniwersytetu Vrije w Brukseli stwierdziły, że dzieje się to dzięki zainstalowanym na komputerach użytkowników ciasteczkom (cookies, czyli plikom z zapisanymi danymi), które łączą się z wtyczkami serwisu społecznościowego.

Oczywiście konto w tym serwisie można dezaktywować, jednak na komputerze użytkownika pozostają owe ciasteczka, generalnie używane w Internecie do śledzenia. Jeśli odwiedzamy serwisy z wtyczkami społecznościowymi Facebooka, np. z przyciskiem "Lubię to", wówczas ciasteczka na naszym komputerze zapisują i wysyłają dane do serwerów Facebooka. Nie musimy nawet klikać niebieskiego przycisku z "elką". Usunięcie cookies zapobiega temu, jednak wystarczy, że ktoś, nawet niekorzystający w ogóle z Facebooka, trafi, nawet przypadkowo, na fejsbukową stronę firmy lub jakiegoś wydarzenia, aby jego maszyna pobrała ciasteczka, w skutek czego on sam też zaczyna być śledzony. Tak przynajmniej wynika z badań belgijskich naukowców.

W odpowiedzi na te i inne zarzuty przedstawiciele Facebooka wyjaśniali w amerykańskich mediach mechanizmy śledzenia, m.in. w dzienniku "USA Today". Przyznali, że rzeczywiście służą do tego ciasteczka i chodzi nie tylko o użytkowników serwisu, ale o każdą osobę, która z jakiegokolwiek powodu załaduje stronę w domenie Facebook.com. Jednak logi przechowywane mają być tylko przez 90 dni, a potem następuje ich wymazanie. Facebook nie obserwuje więc nas ponoć "po wieczne czasy".

 

Walka z fake newsami generuje fake newsy?

Mark Zuckerberg ma też inne problemy niż znikanie nastolatków i nieustająca krytyka obrońców prywatności. Internetowe serwisy informacyjne piszą o niezadowoleniu mediów i reklamodawców. Pierwsi wstrzymują publikację newsów na Facebooku, drudzy wycofują reklamy. A wszystko przez podjętą przez serwis społecznościowy kampanię walki z dezinformacją i fake newsami.

Ludzie mediów zarzucają FB, że nie wypełnia swoich zobowiązań wobec użytkowników, pomimo potężnej krytyki nie rezygnuje z inwazji na prywatność i w dodatku przekształca się w molocha kontroli, nadzoru i cenzury.

Koniec Facebooka?
Koniec Facebooka?

Głośny był przypadek dużego brazylijskiego dziennika "Folha de S. Paulo", który zrezygnował z publikacji swoich treści w serwisie, chociaż miał na Facebooku ok. 6 milionów lubiących jego stronę. Kierownictwo gazety skrytykowało stosowaną przez społecznościówkę politykę walki z fałszywymi informacjami, która, w ocenie dziennikarzy, sama stwarza zagrożenie generowania fake newsów. W tej sytuacji redaktorzy "Folha de S. Paulo" nie widzą miejsca na tym portalu dla profesjonalnego dziennikarstwa.

Facebook na razie trzyma twardą linię walki z rozpowszechnianiem fałszywych informacji, które, według niektórych, są dystrybuowane w sieci głównie przez tzw. rosyjskich trolli. Niezależnie od tego, skąd pochodzą tzw. fake newsy, ich rozpowszechnienie pokazuje słabość platform komunikacyjnych oferowanych przez gigantów Internetu - nie tylko Facebooka, ale również Twittera, a także Google’a. Jeśli narzędzia przez nich oferowane można w sposób stosunkowo łatwy wykorzystać do manipulowania ludźmi na masową skalę, to chyba coś z oferowaną przez nich technologią jest nie tak?

Zresztą przyczyna zniechęcenia wydawców może być nieco inna. Jesienią, w sześciu krajach (m.in. na Słowacji) wyłączono publikowanie newsów w głównym kanale widocznym dla użytkowników serwisu i przeniesiono je do sekcji Feed Explore, która nie wyświetla się na tzw. tablicy na stronie głównej użytkownika. Aby tam trafić ze swoimi informacjami, wydawcy muszą zapłacić. Oczywiście całkowitej tragedii nie ma, bo newsy mogą znaleźć się w strumieniu widocznym dla użytkownika, jeśli udostępnią je jego znajomi. Jednak jest to odejście od zasady, do której zaznajomieni z algorytmami Facebooka byli przyzwyczajeni - polegającej na tym, że jeśli ktoś stale interesował się informacjami z jakiegoś źródła, to były mu one podsuwane samoistnie.

Przedstawiciele Facebooka tłumaczyli, że to tylko eksperyment, dzięki któremu chcą dowiedzieć się, czy ludzie wolą mieć osobne miejsca dla treści prywatnych i publicznych. W efekcie jednak na Słowacji zasięgi wszystkich stron spadły z dnia na dzień (z 19 na 20 października) trzykrotnie! Zmalało również zaangażowanie użytkowników serwisu, czyli liczba polubień, komentarzy i udostępnień.

Z tego ostatniego przykładu wynika, że w pewnym sensie Facebook sam sobie szkodzi. Podejmuje bowiem - dyktowane zapewne głównie chęcią zwiększenia reklamowego zysku - działania, które, być może w sposób niezamierzony, odstręczają użytkowników, zarówno tych komercyjnych, jak i zwykłych ludzi.